Tomasz Jaśkowiec, Ginący Kościół

/ 21 sierpnia, 2018/ Artykuły, Tomasz Jaśkowiec

Wiele osób zastanawia się dzisiaj nad realnością tekstu księgi Apokalipsy, oraz jej znaczeniu dla ludzi żyjących współcześnie. W moim odczuciu księga ta ma zdecydowanie ponadczasowy charakter i może być zbudowaniem dla wierzących wszystkich czasów. W pierwszym wieku nazywano ją ponoć księgą nadziei, bo jak mówili jej czytelnicy dawała im nadzieję nie życie wieczne, ale również na to, że nie będą musieli znosić cierpień opisanych w tej księdze. Moim zdaniem zbyt wiele osób zajmuje się nią w nie do końca właściwy sposób starając się jedynie zrozumieć jej symbolikę, wizje i proroctwa, aby zdobyć wiedzę dotyczącą naszej przyszłości. Jednak jej głównym przesłaniem jest raczej obraz wielkości i majestatu Boga zasiadającego na tronie, sądzącego i panującego nad wszystkim, oraz wielkość Jego Syna Jezusa Chrystusa zasiadającego razem z Ojcem na Jego tronie. On nie tylko sądzi i panuje, ale również jest sprawcą naszego ratunku, a ta sama chwała spoczywa zarówno na Ojcu jak i na Synu. Bóg w pewnym sensie zaprosił człowieka jako jedyne z Bożych stworzeń do wyjątkowej wspólnoty z Sobą realizującą się w Duchu Świętym. Wejście do Bożej jedności, miłości i chwały w charakterze Oblubienicy Chrystusa zostało obiecane zwycięzcom, nawet tym którzy obecnie znajdują się w bardzo opłakanym stanie (Apk 2,7; 11; 17; 26-28; 3,5; 12; 21), ale potrafią dostrzec swą nędzę i pragną się z niej wyzwolić. Pisząc to mam na myśli wierzących, którzy będą potrafili zachować swą wiarę żywą i gorącą, aż do końca swojego życia tutaj na ziemi. Bardzo wiele praktycznych wskazówek mówiących nam jak tego możemy dokonać znajdujemy w listach do siedmiu kościołów w początkowej części księgi Apokalipsy. To materiał któremu każdy powinien poświęcić trochę czasu, aby samemu zastanowić się nad tym co tam jest napisane jak również nad własną postawą, życiem i postępowaniem. Praktycznie we wszystkich wspominanych tam przestępstwach mamy swój większy lub mniejszy udział jak również we wszystkich zawartych tam obietnicach dotyczących tych, którzy usłuchają swego Pana, wezmą sobie Jego Słowa do serca i wprowadzą je w swoje życie (1Kor 6,8-10; Gal 6,7-10).

Ze względu na obszerność tego materiały trudno go omówić chociażby pobieżnie, dlatego też chciałbym się skupić na liście do Laodycei. Utarło się uważać, że to najgorszy z wymienionych tam zborów, a jednak i on otrzymał piękną i wielką obietnicę będące zapłatą za opamiętanie się. Nie mogąc omówić w całości tematyki nawet tego krótkiego listu chciałbym jedynie zwrócić uwagę tylko na trzy jego aspekty. Po pierwsze warto zwrócić uwagę na główny obraz tego listu, czyli gorącej leczniczej wody sprowadzanej z Hierapolis, która po drodze traciła swoją temperaturę i stawała się nieprzydatna dla jej odbiorców, a jej picie powodowało nawet u wielu osób odruch wymiotny. Podobnie chrześcijaństwo które gdzieś po drodze zgubi swoją gorliwość, zapał i zaangażowanie staje się nieprzydatne, a nawet odpychające dla jego Pana. To mi się kojarzy z zarzutem utraty pierwotnej miłości jaki Jezus postawił zborowi w Efezie. Tamci w moim odczuciu byli jednak na początku tej drogi, ci zaś byli o krok przed tragedią, czyli przed odrzuceniem ich przez Boga. Podobnym obrazem może być małżeństwo, które kiedyś gorąco się kochało, ale z biegiem czasu zgubiło gdzieś tą pierwotną miłość, namiętność, czułość i zapał do bycia razem. Powodów takiego stanu rzeczy może być wiele, ale w naszym chrześcijańskim przypadku powodem takiego stanu rzeczy jest najprawdopodobniej rozmienienie owego wielkiego skarbu jaki się zdobyło (Mt 13,44-46) na drobne, czyli wiele innych pragnień doczesnych za którymi wielu wierzących jakiś czas po nawróceniu zaczyna biegać i wcale nie muszą to być rzeczy złe same w sobie (praca, dom, pozycja społeczna, wykształcenie, pieniądze, rodzina, hobby, czy cokolwiek innego czemu się poświęcamy). Wspaniałym biblijnym przykładem takiego stanu rzeczy jest Izrael wychodzący z Egiptu, który od dziesięcioleci marzył o wolności, a jednak gdy ją otrzymam dość szybko zaczął tęsknić za mięsem, ogórkami, czy cebulą które tam posiadał (4Mż 11,4-6). To dość naturalne zachowanie człowieka i również nas ono dotyczy. Trzeba więc temu w świadomy sposób przeciwdziałać, troszczyć się o relacje z Bogiem, zabiegać o Jego względy, szukać Jego chwały i z oddaniem Mu służyć, bo gdy straci się swój pierwotny zapał wypływający z miłości do Boga, to wypełnianie obowiązków chrześcijańskich staje się trudem i mozołem. Pewną wskazówką do tego jak wpływać na postawę własnego serca i mieszkającą w nim miłość możemy znaleźć w słowach Jezusa z tzw. kazania na górze (Mt 6,19-21), który przestrzega nas przed gromadzeniem skarbów na tym świecie, gdyż wszystko co jest dla nas cenne zdobędzie, albo skupi na sobie naszą miłość. Dołóżmy więc starań aby poznawać Chrystusa, Jego piękno, wielkość i świętość. Tylko Jego ceńmy sobie prawdziwie i wywyższajmy Go ponad to co nas otacza, a temperatura naszej miłość do Niego zacznie wzrastać. To tak niewiele, a jednak tak dużo. Jeżeli przystąpimy do tej walki z pewnością będziemy w niej sami lecz otrzymamy odpowiednie wsparcie.

Inną ważną sprawą poruszaną w tym liście jest sam zbór w Laodycei. Ktoś powiedział, że przyjął on charakter miasta w którym się znajdował. Mieszkańcy Laodycei byli bowiem bardzo bogatą i dumną społecznością uważającą się praktycznie za samowystarczalną. W czasie trzęsień ziemi jakie nawiedzały ich strony ich miasto było wielokrotnie burzone, ale zawsze je odbudowywali i to z coraz większym przepychem. Nie korzystano też z proponowanej pomocy innych nawet jeżeli był to cesarz rzymski. To wyraźna prezentacja postawy: my nic od nikogo nie potrzebujemy, sami sobie poradzimy. Laodycea była też znana z produkcji maści leczniczej na oczy, oraz sprawnego przemysłu włókienniczego przynoszącego im spore dochody. W samym liście widzimy wiele odniesień do charakteru ich miasta, który stał się również charakterem tego zboru. Mnie jednak zastanawia jak bardzo klimat naszej współczesnej kultury przeniknął do naszych zborów, bo osobiście dostrzegam go prawie wszędzie. Nasza epoka w ogromnej mierze charakteryzuje się humanizmem i hedonizmem. To znaczy, że w niespotykany dotąd sposób wywyższyliśmy człowieka i jego prawa, uczucia i pragnienia ponad wszystko inne. Zobaczcie jak wiele roszczeniowej postawy jest wśród ludzi wierzących, każdy ma własne zdanie, a nawet własne poczucie sprawiedliwości, prawo do prywatności i asertywności względem innych, a nawet Boga. Niektórym osobom się nawet wydaje, że skoro Bóg nas kocha to powinien o nas bardziej gorliwie zabiegać spełniając wszelkie nasze pragnienia. To samo zresztą dotyczy relacji między ludźmi w zborach, gdzie pastorzy i starsi zborów nie tylko dopasowują sposób prowadzenia nabożeństw, czy nawet całego zboru do potrzeb przychodzących do nich ludzi (bo jak nie to sobie pójdą gdzie indziej), ale też skaczą wokoło wszystkich, aby im się przypodobać. Czy to na pewno jest właściwe postępowanie? Czy człowiek wybiera sobie zbór który mu odpowiada i narzuca innym swoją wolę co do tego jak on powinien funkcjonować, co nauczać i czym się zajmować? Czy to nie jest odwrócona kolejność porządku rzeczy? To przecież człowiek oddaje się Chrystus jako swemu Panu, a On posyła go do zboru który jest dla niego z jakiegoś powodu najlepszy. Tam też może nie tylko samemu wzrastać poznając swego Boga i Jego wolę co do swojego życia, ale również uczyć się miłości, wyrozumiałości, czy służby. Bardzo rzadko spotyka się zbory, którym nie można nic zarzucić. Dlatego zwłaszcza w naszych czasach ciągłe narzekanie, ocenianie i krytykowanie jest mylone z konstruktywną i twórczą krytyką służącą zborowi i popartą Bożym Słowem. Wielu zamiast wzmacniać społeczność która ich przyjęła niejednokrotnie ją niszczą wzniecając spory i konflikty, a równocześnie samemu doświadczając wielu niepotrzebnych frustracji (Jk 4,1-3). Hedonizm natomiast dotyczy gloryfikacji cielesności i naszego osobistego doczesnego szczęścia. To wartość która dla wielu nawet wierzących ludzi ma ogromne znaczenie, a wiąże się zarówno ze zdobywaniem pieniędzy, prestiżem społecznym i zawodowym, udanym życiem osobistym, zdobywaniem wykształcenia, układami w świecie, seksem, życiem rodzinnym, karierą, pasjami, odpoczynkiem, odchudzaniem, ćwiczeniami fizycznymi, i wieloma innymi sprawami mogącymi się przyczynić naszej wygodzie, czy dobremu samopoczuciu. To wszystko ma nam służyć i do takiego myślenia jesteśmy przyzwyczajeni. Jeżeli coś nam się w zborze nie podoba lub nie spełnia naszych oczekiwań równie protestujemy nie zastanawiając się nad wolą Bożą lecz traktując święte zgromadzenie jak wolny rynek gdzie jesteśmy klientami i mamy prawo wymagać to czy tamto od sprzedających. To zrozumiałe, że czasami chcielibyśmy coś dla siebie: kawiarenkę, relaksacyjne nauczanie, grupki młodzieżowe, więcej odpowiedzialności czy zainteresowania ze strony innych zborowników, a nawet uznania z jakiegoś tam powodu, ale zbór to nie targowisko, a Dobra Nowina nie jest towarem. Nie możemy więc ulegać takim nastrojom. Popatrzmy też na postawę i sposób ubierania się kobiet przychodzących na nabożeństwa, z jednej strony wierzących a z drugiem przyzwyczajonych do tego, że mają w świecie równe prawa z mężczyznami i pełną swobodę, a tutaj Biblia uczy inaczej wyznaczając granice i dokonując podziału ról zarówno w zborze jak i rodzinie. To dziwne jak wielu paniom przyznającym się do Chrystusa jest bardzo trudno przyjąć obowiązek zakładania chustki na głowę w czasie publicznej modlitwy na nabożeństwie. Rozumiem, że ten problem wynika z kojarzeniem tego symbolu z poddaństwem względem mężczyzn, czy aby na pewno jest to prawdą. Być może chodzi też o kojarzenie chustki z staroświeckością, czy wiejskością, co przecież jest dość obciachowe dla nowoczesnej kobiety. Podobnie wygląda sytuacja z wychowywaniem dzieci, które są chyba nawet bardziej rozpieszczane niż w świecie. Niejednokrotnie to nie mąż jest głową rodziny, ani nawet żona, ale dzieci kręcą oboma rodzicami. Strach pomyśleć co wyrośnie z takiego pokolenia zupełnie pozbawionego wychowywania i nauki karności. Mamy zatem ogromny problem z wychowaniem zborowników (mężczyzn, kobiet i dzieci). Przecież wszystkie te rodzinne postawy mają swoje odbicie w Biblii. Mąż jest głową żony jak Chrystus głową Kościoła, czy więc wierzący mają się uznać za szyję która kręci głową jak chce? Wszyscy zaś jesteśmy dziećmi i sługami Boga, więc gdzie nasz szacunek do naszego Pana i Ojca, nie mówiąc już o tym, że każde stworzenie winne jest oddawania czci swemu Bogu i Stwórcy. Co więcej w zborach jest bardzo duża tolerancja dla wszelkiego rodzaju niebiblijnych nauczań, teorii filozoficznych, nauki, potrzeby rozwoju osobistego, kształcenia się i dotrzymywania kroku światu nie tylko w obyciu technologicznym, ale również znajomości współczesnych trendów, rozrywek, filmów, muzyki, mody, itd. Szczerze mówiąc to chyba nowoczesność jest obecnie najbardziej trendy, więc wszystko co do niej nie pasuje staje się obciążeniem którego chętnie byśmy się pozbyli. Nawet „nowoczesne chrześcijaństwo” pełne gadżetów technologicznych, rozrywki i hałasu, naukowych wywodów, zagranicznych gości, koncertowego klimatu, czy oficjalnej pompy jest dużo lepiej widziane niż spokojne miejsce ze zdrową nauką i właściwymi wzorcami pobożności (Rz 12,16). Wielu bowiem wybiera taki zbór, aby nie musieli się za niego wstydzić przed swoimi niewierzącymi przyjaciółmi lub znajomymi. To zaś tylko jest wierzchołkiem góry lodowej problemów codziennego funkcjonowania naszych zborów, które w zdecydowanej większości przestały już spełniać swoją podstawową wychowawczą rolę, a stały się targowiskami gdzie przychodzimy nabywać wiedzę, poznawać ludzi, doświadczać wzruszeń, a czasami upewnić się że jesteśmy na właściwej drodze, itd. A przecież jako wywołani z tego świata winniśmy pozostawać oddzieleni od niego, nasiąkać i budować atmosferę świętości opartej na miłości i czci do Boga, oraz Biblijnym objawieniu Jego natury i woli względem nas samych (Oz 6,6). My jednak chociaż uważamy się za lepszych od ateistów i wszelkiego rodzaju niechrześcijan wcale tak bardzo się od nich nie różnimy. Łączą nas podobne doczesne miłostki, cele, pragnienia i ambicje nie mające zbyt wiele wspólnego z pielgrzymowaniem do nieba, co sprawia że świat przestaje na nas wrogo reagować, a nawet nas rozumie. To kolejny dowód naszego dalekiego odstępstwa od Boga. Kto jednak chciałby być przyjacielem tego świata staje się wrogiem Boga (Jk 4,4-5), pamiętajmy więc o tym w naszych wyborach, bo to nie są żarty. Być może zewnętrznie jeszcze trochę się różnimy i trochę innym żargonem się posługujemy, ale gdzie jest nasze serce? Czy to wszystko o czym wspomniałem nie spowodowało już utraty naszej pierwotnej miłości i wiary jak to miało miejsce w Laodycei? Być może różniąc się jeszcze z wyglądu pachniemy już tak samo jak otaczający nas świat, nie mając zapachu Chrystusowego, tylko o tym nie wiemy (2Kor 2,14-16). Nad tym niech już każdy sam się przed Bogiem zastanowi i zdecyduje kim chce być. Zastanówmy się też jaki charakter mają nasze zbory i jak bardzo są nasiąknięte współczesną kulturą.

Kolejną kwestią na którą chciałem zwrócić uwagę jest fakt, że nasi bracia i siostry mający swój zbór w Laodycei nie byli ludźmi niewierzącymi w bóstwo Jezusa i prawdziwość nauki apostolskiej. Oni kiedyś naprawdę musieli się spotkać z Bogiem i szczerze nawrócić, bo inaczej sam Jezus nie traktowałby ich jak swój Kościół. Kiedyś byli gorącymi, ale to już przeszłość. Może ich wiedza o Bogu wzrosła, bo przecież o ich wiarę walczył też Paweł ze swoimi towarzyszami, o czym wiemy z listu do Kolosan (2,1) z tamtym zborem też pewnie utrzymywali dobre relacje skoro przekazywali sobie nawzajem listy Pawłowe. A jednak cofnęli się i ostygli tak, że trudno ich nazwać zwycięskimi chrześcijanami. Stali się ludźmi religijnymi, mającymi swoje obrzędy i funkcje, tworzący własne przepisy i zwyczaje, pewnie też dobrze czuli się ze sobą, a nawet byli przekonani o własnej poprawności co do myślenia i sposobu życia. Przestali widzieć i słyszeć Boga, ale wciąż uważali że wszystko jest u nich w porządku. Skoro więc już nie żyli jak świat, ale wciąż jeszcze (albo raczej już) nie można ich nazwać chrześcijanami to kim byli? Czy da się bliżej określić co jest pomiędzy? Taka sytuacja ponownie kojarzy mi się z wyjściem Izraela z niewoli Egipskiej, obrazem wielokrotnie i na różne sposoby przywoływanym zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie. Izraelici wyszli z Egiptu (symbolu królestwa grzechu i diabła), ale zanim doszli do Ziemi Obiecanej (symbolu Jezusa i królestwa Boga) musieli przejść przez pustynię (symbolu naszego pielgrzymowania na tej ziemi). Pustynia to specyficzne miejsce w którym trudno powiedzieć, że korzysta się z życia. To też bardzo ważny obraz przypominający nam o tym, że wciąż idziemy, więc nie powinniśmy się zachowywać tak jakbyśmy już doszli i byli zwycięzcami. Nasz bój o życie wieczne dopiero się rozpoczął. Chciałoby się powtórzyć za jednym z królów Izraelskich: Niech się nie chlubi przypasujący broń tak jak ten który ją odpina. Bardzo wielu Izraelitów poległo na tej pustyni nie wchodząc do Ziemi Obiecanej (Heb 3,5-19). W naszych czasach głównie za sprawą internetu mamy dostęp do bardzo wielu informacji, również tych dotyczących chrześcijaństwa. Na podstawie tzw. ogólnej wiedzy wiele osób postanawia wyjść ze swojego Egiptu czyli jakichś tam grzechów, słabości, czy nałogów, ale nigdy nie dochodzą do pełnego posłuszeństwa Bogu jak Kaleb, czy Jozue. Być może jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że im nikt nie powiedział iż jest to konieczne. A być może sami zrezygnowali z tej drogi, bo niewielu nią idzie i nie jest ona zbyt łatwa. To droga umierania dla siebie po to, aby żyć dla Boga i innych ludzi. Biblia nazywa ten proces uświęcaniem lub upodabnianiem się do Jezusa. To się nie dzieje w jednej chwili, bo to nie czary, ale jest pewnego rodzaju procesem. Nawrócenie się, odwrócenie od grzechu i zwrócenie się w stronę Boga tłumaczy się zwykle jako zmianę sposobu myślenia (metanoia) i jest to koniecznością, a zarazem początkiem, a nawet codziennością naszego pielgrzymowania. Biblia mówi też o konieczności uświęcania się bez którego nikt nie wejdzie do nieba (Heb 12,14). Proces ten nazwany został biologicznym terminem metamorfoza (metanoeo). Używa się go opisując przeobrażenia się gąsienicy w motyla. To piękny obraz przypominający nam, że nasze uświęcanie się jest rozłożone w czasie, chociaż nie tylko od niego zależy. Te dwa terminy często występują razem lub się uzupełniają, ale nie są zamienne. Innym obrazem może być przeszczepienie nas (J 15) z dziczki oliwnej w szlachetny szczep winny symbolizujący Chrystusa. To też czynność wymagająca najpierw oddzielenia nas od starego drzewa tak abyśmy nie mogli czerpać z jego soków, (co rozumiem jako oddzielenie nas od świata abyśmy nie karmili się duchem tego świata) a gdy już zostaniemy wszczepieni na właściwe miejsce potrzeba nam jeszcze czasu na to, abyśmy się ukorzenili, zjednoczyli z nowym drzewem i zaczęli czerpać z jego soków (czyli Ducha Świętego) tak aby przynosić Bogu właściwe owoce zarówno naszej przemiany jak i wszelkich dobrych czynów. Tu również mamy obraz pewnego procesu, a Biblia wielokrotnie zachęca nas do umacniania się w wierze i miłości przez głębsze poznanie Chrystusa o czym jest mowa na początku wielu listów Pawła. W pewnym sensie nawracając się zostajemy przeniesieni pod panowanie Chrysusa, ale z drugiej strony wciąż mamy obowiązek zbliżania się do Boga. Niektórym osobom wydaje się, że zostanie oblubienicą jest równoznaczne z małżeństwem, ale nie tak było w Izraelu. Oblubienica była obiecana oblubieńcowi i czekała na przybycie jego orszaku weselnego po nią. Jeżeli jednak w domu ojca swego stała się niewierną ów orszak nigdy do niej nie przychodził. Tutaj również pomiędzy zostaniem obiecaną komuś, aż do samych zaślubin jest pewien okres w którym kobieta należy już w pewnym sensie do swojego oblubieńca i winna mu jest dochowania wierności, a jednak do faktycznego połączenia się tych dwóch osób w jedno ciało pozostawało w Izraelu około roku, a nawet więcej. Jeszcze innym obrazem, który również mi się nasuwa są narodziny dziecka. To również biblijny obraz ściśle związany z wejściem do nieba. Zanim jednak dojdzie do narodzin dziecko musi dojść do jego poczęcia w łonie matki, a później właściwego ukształtowania się, bez czego przecież nie mogłyby nastąpić zdrowe narodziny. I tutaj pomiędzy jednym bardzo ważnym wydarzeniem, a drugim równie ważnym jest pewien czas zwany ciążą. Dobry początek to również w tym przypadku za mało.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że wciąż mamy do czynienia z różnymi obrazami tej samej rzeczywistości. Kiedy popatrzymy na proces stygnięcia leczniczej wody obrazujący stygnięcie naszej miłości pierwotnej, aż do granic zupełnie nieprzydatnej letniości, upodabnianie się zboru do jego świeckiego otoczenia, oraz potrzebę uświęcania się (będącego warunkiem wejścia do nieba), to widzimy jak te obrazu uzupełniają się nawzajem. Każdy z nich ostrzega nas przed różnymi zagrożeniami, każdy zachęca do walki o wiarę i czujności, oraz każdy krzyczy że wciąż jesteśmy w drodze, więc zachowujmy się tak jak na pielgrzymów przystało. Wprawdzie już na początku chrześcijaństwa byli tacy którzy głosili że zmartwychwstanie już nastąpiło, ale to byli zwodziciele (2Tym 2,18), o zbawienie trzeba walczyć do końca. Czy powinniśmy zignorować to wezwanie? Nie radziłbym, bo oprócz tych licznych obrazów Boże Słowo wielokrotnie wzywa nas do czujności, trwania w wierze i miłości, rozwijani się, walki, dojrzewania, czy podejmowania różnego rodzaju trudu będącego praktycznym wyrazem posłuszeństwa i miłości Chrystusowi. Jeżeli o to nie będziemy gorliwie zabiegać to podobnie jak zbór w Laodycei szybko utracimy swój zapał i gorliwość dla Boga, a nasza miłość do naszego Oblubieńca będzie się kurczyć i karłowacieć. Inaczej mówiąc sercem będziemy wracać do Egiptu. Zwróćmy też uwagę na to, że Jezus mówił do nich, że stoi u ich drzwi i kołacze, a to by znaczyło że już nie był w ich sercach lecz na zewnątrz. Pomimo takiego stanu rzeczy On wciąż jeszcze dawał im szansę powrotu do Siebie. Pamiętajmy, że dopóki jesteśmy na ziemi jesteśmy pielgrzymami (2Kor 5,6) i walka o nasze wytrwanie w posłuszeństwie Bogu trwa, a dokonanie tego bez gorliwej pierwotnej miłości staje się prawie niemożliwe. Chodzi przecież o to, aby wraz z upływem czasu nie stracić zapału, gorliwości i prawdziwej miłości do Boga tak jak to często się dzieje w starym lecz tylko z nazwy dobrym małżeństwie, gdzie dobro nie oznacza głębokiej miłości lecz zgodność wynikającą z wypracowanego przez lata kompromisu. Z Bogiem tak się nie da. Bóg nie zmieni swoich oczekiwań względem nas wierzących tylko dlatego, że my byśmy sobie tego życzyli. Wielu się z tym zgadza, a jednak próbują, może się uda. Miłość Boga nie przekreśla Jego świętości, sprawiedliwości, czy stałości, a nawet wierności względem tych, którzy prawdziwie żyli z Nim tu na ziemi. Perspektywa pielgrzyma zmienia naszą statyczną hierarchię wartości i wprowadza postawę działania w nasze często zasiedziałe życie. Być może wprowadza trochę strach, czy obawy o własną przyszłość, ale z drugiej strony popatrzmy jak ważne staje się wówczas dobre nauczanie którego słuchamy wyznaczające nam kierunek wędrówki i jej warunki. Jacy cenni są dojrzali bracia którzy nie tylko poklepią po plecach, ale również napomną z miłością kiedy trzeba. Jak ważne staje się unikanie tego co ceni sobie ten świat, aby nie przywiązać się do spraw doczesnym, oraz modlitwa, bez której trudno mówić o prawdziwych relacjach z Bogiem (Mich 6,8). Jeżeli nie mamy zagwarantowanego zbawienia to stale musimy o nie zabiegać. Jeżeli mamy szczerą więź z Bogiem to robimy to z miłości nie strachu, chociaż i on może burzyć fałszywy spokój chociaż niektórych osób. Uwagi innych stają się dobrymi radami, a poznawanie Boga zarówno indywidualne jak i wśród braci i sióstr jest zaszczytną koniecznością, a nawet naturalną konsekwencją właściwej postawy serca. Mniej tutaj miejsca na wynoszenie się nad braci i niezdrową rywalizację. Również z powodu świadomości pielgrzymowania powinno zmienić się nasze spojrzenie na maruderów i świadomych oszustów, którzy mają inne plany niż my, chociaż między nami przebywają. Praktycznie zmienia się wiele rzeczy które wcześniej traktowaliśmy lekceważąco uważając że nie są nam potrzebne. Wiele dotąd ważnych spraw również powinno stracić na znaczeniu. To droga krzyża, czyli uśmiercania własnego ja (z pominięciem której nie da się powstać do nowego, wiecznego życia) wysunie się na pierwszy plan w naszej świadomości. O tak być powinno, bo to przykład Jezusa (Rz 6,2-11). On jest naszym wspomożycielem, obrońcą i przewodnikiem w wierze (Heb 12,1-3; 1P 2,24-25). Oto droga do zwycięstwa wiodąca przez śmierć o której mówi Boże Słowo, a innej nie ma. Nagrodą za wytrwałość i zachowaną ufność nie jesteśmy w stanie teraz sobie wyobrazić tak jest ogromna (1Kor 2,7-9). Takiego zwycięstwa zarówno sobie jak i wszystkim spragnionym życia w prawdzie szczerze życzę.

Tomasz Jaśkowiec