Tomasz Jaśkowiec, „Panie, Panie …”

/ Marzec 3, 2019/ Tomasz Jaśkowiec, Trudne tematy

Trudności z interpretacją priorytetów chrześcijaństwa

(Czyli krótka refleksja nad pewnym dobrze znanym fragmentem kazania na górze, jego otoczeniem, oraz tym co z niego wynika.)

Nie wiem czy chociaż niektórzy z Was pamiętają czasy komunizmu, gdzie zdobycie rzetelnej wiedzy w jakiejkolwiek dziedzinie było dość trudne. Media były ocenzurowane i upolitycznione, więc rzadko przekazywały to co ważne, a szkoły, biblioteki, czy uniwersytety trzymały się odgórnych wytycznych niechętnie promując prawdę. Były to czasy w których nie tylko trudno było się dowiedzieć o co tak naprawdę chodzi, ale jeszcze trudniej było się w nich odnaleźć. Ludzie rozumiejący sytuację polityczną w jakiej się znaleźli mogli starać się różnymi sposobami przeciwstawiać wszechobecnej dyktaturze, albo udawać że wszystko jest w porządku. Ci pierwsi byli represjonowani, bici i zamykani w więzieniach, a ci drudzy rządzili w stolicy i na prowincjach, w urzędach, zakładach pracy i na wsiach, robili kariery polityczne, naukowe i zawodowe, gromadzili różne dobra i cieszyli się wieloma przywilejami. Wcześniej czy później trzeba było wybierać po której stronie chce się stanąć i jaką cenę jest się gotowym zapłacić za wierność prawdzie.

Zanim jednak do tego doszło musiało w człowieku dojrzeć przekonanie że jest oszukiwany. Ogromne znaczenie miała też wiedza osób znających prawdę i już zaangażowanych w demaskowanie kłamstwa, gdyż zdecydowana większość społeczeństwa nie dowierzała tak ogromnej skali oszustwa. Dostęp do prawdziwych informacji o tym co się wokół dzieje, kto jest kto i dlaczego nie jest tak jak być powinno prawie zawsze szokował i niejednokrotnie pobudzał do działania. Dlatego też komunistyczne władze tak bardzo walczyły z rozpowszechnianiem się prawdy nie tylko likwidując źródła zapalne, ale również wprowadzając do obiegu wiele kłamstw i wszelkiego rodzaju propagandowej dezinformacji. Ten system do dzisiaj się nie zmienił i jest praktykowany przez wszelkie organy władzy. Mnie jednak teraz interesuje jego religijne oblicze. Wiemy wszyscy, że był taki czas w historii Europy kiedy to niepodzielną władzę sprawował ośrodek z siedzibą na siedmiu wzgórzach (Watykan). Ich postępowanie i obyczaje tak mocno stanęły w sprzeczności z głoszoną przez nich doktryną, że wzbudziły wątpliwości i oburzenie nawet w ich szeregach. Rozbieżność pomiędzy tym co się od nich słyszało, a co się widziało na co dzień była tak ogromna, że trudno było nie nabrać podejrzeń do ich celów i prawdziwych intencji. Jednak zdecydowana część społeczeństwa żyła w nieświadomości, pod presją strachu, albo w poczuciu bezsilności wobec takiej potęgi. Lecz nawet taka potęga widziała czego powinna się obawiać – upowszechniania prawdy. W tamtych czasach jeżeli gdzieś pojawiali się ludzie znający Boże Słowo zapisane w Biblii wzbudzali wokół siebie ogromne poruszenie. Wreszcie normalny człowiek mógł się dowiedzieć co Bóg ma mu do powiedzenia. Wreszcie mógł podnieść głowę i powiedzieć: Nie boję się bo już znam prawdę i dalej nie pozwolę się oszukiwać. Tłumaczenia Nowego Testamentu na języki ojczyste wzbudzały lokalne przebudzenia, a wynalezienie czcionki drukarskiej uniemożliwiło zatrzymanie upowszechniania Biblii. Bogobojni ludzie którzy poznawali prawdę przestawali wierzyć propagandzie religijnej mającej własne cele. W wielu sercach zagościł pokój i poczucie wolności jakiego nigdy wcześniej nie mieli, chociaż wielu w obronie wolności poniosło najwyższą doczesną ofiarę dla ratowania własnej duszy.

Wróg jednak nie rezygnował, po Reformacji nastąpiła Kontrreformacja, której niechlubne owoce również przyszło nam zebrać. Ona również uderzyła w prawdę nie tyle zabierając ludziom Boże Słowo, co przekłamując Jego przesłanie. Dzisiaj prawie w każdym domu leży Biblia, ale jej prawdziwe przesłanie interesuje niewielu. Trudno pojąć gdzie się podziało owe radosne podniecenie towarzyszące pierwszym falom odkrywania prawdy. Już prawie nigdzie nie można zobaczyć tamtego ożywienia związanego z poznawaniem treści Biblii. Coś się zmieniło. Z prawdy zrobiono obowiązkową doktrynę dodając do niej wiele ludzkich obowiązków, zakazów i nakazów. Wolność znowu została zaprana, a nastała inna forma tyrani doktryny. Jakoś przygasł tamten entuzjazm, a powszechny dostęp do jej treści przestał cieszyć. Mało komu chce się poznawać Biblię, bo kojarzy się to z szukać dla siebie dodatkowych ograniczeń. Z drugiej zaś strony jako społeczeństwo jesteśmy od dziecka karmieni papką intelektualnych dogmatów której nie da się wprowadzić w życie, a jeżeli już to się komuś uda to osobiście może się przekonać o tym, że nic szczególnego to w jego życie nie wniosło. Narzucone sobie prawo niszczy naszą wiarę w skuteczność Bożego Słowa bo chociaż zmienia opinię innych o nas, to nam samym staje się ciężarem. Bóg nadal pozostaje odległy. Po co więc trzymać się jakichś norm jeżeli nie czynią nas one lepszymi, nie zmieniają naszego życia i nie zbliżają do Boga? Tak to się dzieje w naszej katolickiej Polsce, ale również wśród innych formacji religijnych nie jest lepiej. Poczucie odrębności rzadko miewa elitarny charakter chociaż jest rodzajem wewnętrznej pychy, a żyć tradycją trudno w ciągle szybko zmieniającym się świecie. Nawet troska o poprawność doktrynalną traci sens jeżeli w praktyce niewiele prócz zadowolenia z siebie nam daje. Nie mówiąc już o tym, że w naszych czasach jest tak ogromna ilość przeróżnych nauk i interpretacji Biblii, że trudno się w tym połapać, totalna dezinformacja. Jak więc znaleźć prawdę? Powstaje powszechne poczucie zagubienia i bezsilności, a równocześnie tęsknota za doświadczeniem prawdziwej zmiany wewnętrznej. Wielu rezygnuje z szukania prawdy i postanawia żyć jak wszyscy lub po swojemu (chociaż to to samo). Dobrem okazuje się to co jest dobre dla mnie, a sprawiedliwość ma najczęściej bardzo subiektywny wymiar. Sumienie zostaje zagłuszone, a na pierwszy plan wysuwają się cel doczesne. Tak więc nadmiar różnorodnych informacji staje się tak samo dużym problemem jak jej brak.

To również dotyczy ludzi uważających się za wierzących, oraz wszystkich szukających w internecie odpowiedzi na nurtujące ich pytania o Bogu, wierze, czy samych sobie. Okazuje się zatem, że bez posiadania rzetelnej wiedzy biblijnej nie jesteśmy w stanie zweryfikować ogromu rozmaitych teorii, interpretacji i ciekawostek dotyczących nauki Biblii. Już nie wiadomo komu można wierzyć. Przydałby się ktoś naprawdę kompetentny, kto zrobiłby listę wiarygodnych źródeł wiedzy biblijnej, oraz stron godnych polecenia. Niestety nawet usystematyzowanie podstawowych zagadnień w praktyce najprawdopodobniej będzie takie proste i do przyjęcia dla wszystkich z powodu ogromnego podzielenia środowiska ewangelicznego. Nawet jeżeli szukając prawdy pominiemy źródła katolickie, prawosławne, ewangelickie, anglikańskie, świadków Jehowy, adwentystów, Żydów mesjanistycznych, kościół lokalny, uliczny i twórczość tysięcy małych grupek działających po domach i ogłaszających się w internecie, oraz cały ruch charyzmatyczny to wciąż pozostaje nam bardzo nierównomierna płaszczyzna do współpracy. Podziały sięgają znacznie dalej chociaż ludzie są przekonani o tym, że to właśnie ich sposób myślenia jest właściwy. Każdy z nich powołuje się na tą samą Biblię, a czasami nawet na te same fragmenty uzasadniając swoje teorie, dogmaty i osobiste wynurzenia. A to dopiero klęska urodzaju, albo chaos z którego niewiele wynika. No i jak tu znaleźć ziarno prawdy wśród tak wielkiej ilości plew?

Sporą część nauk chrześcijańskich to wbrew pozorom treści niebiblijne. Jeszcze więcej z nich to pomieszanie prawdy z różnego rodzaju doktrynami religijnymi, ludzkimi filozofiami, czy współczesnymi objawieniami których nie sposób zweryfikować. Z tych również radziłbym zrezygnować na rzecz właściwego rozumienia nauki Biblii. Gdy już staniemy na twardym gruncie Bożego Słowa musimy wykazać się prawdziwą uczciwością względem siebie w czasie analizowania tekstu, gdyż w moim odczuciu więcej błędów teologicznych wynika z chęci dopasowywania nauki Biblii do wcześniej posiadanych przekonań niż z braku intelektualnej spójności przyczynowo-skutkowej, albo oczywistych pomyłek. To Słowo ma nas prowadzić, a nie my mamy wykorzystywać Je do podpierania naszych racji, czy nawet interesów. Tylko prawda odkrywana w nauce Biblii może być podstawą naszej wiary. Jednak bez wątpienia potrzeba nam coś jeszcze, a mianowicie wsparcia Ducha Świętego pod natchnieniem którego cała Biblia została spisana. On zaś nie odkrywa Jej tajników ludziom nie mającym zamiaru służyć Bogu zgodnie z tym co zostanie im objawione, ale chcących wykorzystać posiadaną wiedzę dla własnych celów.

Trzeba też pamiętać, że Bóg nigdy nie zaprzecza sam sobie, więc wszelkie fragmenty Biblii najlepiej tłumaczy Ona sama poprzez inne wersety. Aby się w takim postępowaniu zupełnie nie pogubić polecam poznawanie nauki Biblii od ogółu do szczegółu. Ogólna znajomość całości przesłania Bożego Słowa uchroni nas od wielu niepotrzebnych błędów. Czasami ktoś dopatrzy się w jakimś fragmencie czegoś na czym chce budować ogromną doktrynę wiary, a później ma problem co zrobić z tymi fragmentami które nie chcą potwierdzić jego przekonania. Nie idźmy tą drogą, niech Samo Boże Słowo nas prowadzi. Zdecydowanie przydatna jest również znajomość okoliczności w jakich badany fragment, być może list, powstawał. Zrozumienie celu jego napisania, oraz intencji autora w jakiejś konkretnej sytuacji pomoże nam popatrzeć na jego treść oczami autora badanych słów, a dopiero później będziemy je mogli odnieść do siebie. Wszelkie współczesne skojarzenia, czy będą religijne, czy kulturowe najczęściej będą poprowadzić nas na manowce. Już raczej podobieństwa, obrazy i odnośniki do Starego Testamentu będą dla nas bardziej pomocne. Pamiętajmy o tym, że apostołowie chociaż pisali po grecku to myśleli po hebrajsku, więc nawet znajomość starożytnej greki, oraz form pisania takich tekstów niekoniecznie nam wyjaśni istotę sprawy. Pamiętajmy też o tym, że są różne przekłady Biblii i nie wszystkie są jednakowo dokładne, korzystajmy więc z kilku wybranych bo to również może być nam pomocne jak i dokładne badanie kontekstu słów w jakim zostały umieszczone interesujące nas treści.

Chciałbym teraz podać przykład różnych interpretacji tego samego tekstu ze względu na identyfikowanie się autora interpretacji z doktryną konkretnej denominacji z którą pragniemy pozostać w zgodzie. Być może nie zawsze jest to świadome naginanie przesłania tekstu, ale nieświadome spoglądanie na niego przez pryzmat wyznawanej doktryny daje ten sam rezultat. Przeczytajmy sobie zatem fragment z Ewangelii Mateusza 7,21-23 nad którym będziemy się też w dalszej części zastanawiać, tak jak nad resztą tego rozdziału.

Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie. (BW)

Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości! (BT).

Nie każdy, który mi mówi: Panie, Panie! wnijdzie do królestwa niebieskiego; ale który czyni wolę Ojca mojego, który jest w niebiesiech. Wiele ich rzecze mi dnia onego: Panie, Panie! izażeśmy w imieniu twojem nie prorokowali, i w imieniu twojem dyjabłów nie wyganiali, i w imieniu twojem wiele cudów nie czynili? A tedy im wyznam: Żem was nigdy nie znał; odstąpcie ode mnie, którzy czynicie nieprawość. (BG)

Widzimy, że nie ma istotnych zmian w różnych przekładach tego wersetu. Podobnie jest też w interlinarnym tekście greckim, więc to nie jego forma, ani słownictwo sprawiają problemy ludziom problemy z interpretacją jego przesłania.

Patrząc natomiast na kontekst w którym ta wypowiedź została umieszczona widzimy, że dotyczy on fałszywych proroków, którzy przychodzą do nas jak wilki w owczych skórach, podają się za braci, ale tak naprawdę w głębi serca są zwodzicielami i odciągają nas od wąskiej drogi prawdy, tej którą niewielu znajduje. Przeczytajmy więc sobie ten sam fragment z jego bezpośrednim otoczeniem.

Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują. Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, wycina się i rzuca w ogień. Tak więc po owocach poznacie ich. Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie. Każdy więc, kto słucha tych słów moich i wykonuje je, będzie przyrównany do męża mądrego, który zbudował dom swój na opoce. I spadł deszcz ulewny, i wezbrały rzeki, i powiały wiatry, i uderzyły na ów dom, ale on nie runął, gdyż był zbudowany na opoce. A każdy, kto słucha tych słów moich, lecz nie wykonuje ich, przyrównany będzie do męża głupiego, który zbudował swój dom na piasku. I spadł ulewny deszcz, i wezbrały rzeki, i powiały wiatry, i uderzyły na ów dom, i runął, a upadek jego był wielki. (Mt 7,13-27)

Od tego miejsca (7,13) widzę ewidentną spójność tematyczną tego tekstu, a przekonamy się dalej że również szerzej można popatrzeć na kontekst naszego wybranego wersetu. Zobaczmy, że Jezus podaje sposób rozpoznawania fałszywych proroków i nauczycieli. Zaleca On abyśmy przyglądali się owocom jakie kto wydaje, one bowiem świadczą o tym kim tak naprawdę jest dany człowiek. Na pierwszy rzut oka widać, że nie cuda i znaki, proroctwa i egzorcyzmy dokonywane nawet w imieniu Jezusa świadczą o tym kim jest człowiek, który takie rzeczy czyni, ale sposób jego życia, czyli uległość względem Boga, posłuszeństwo Jego Słowom i życie zgodne z Bożym prawem świadczą o człowieku. Kto czyją wolę pełni tego uważa za swego pana. Wszelkie bezprawie jest lekceważeniem Bożego Słowa, a co za tym idzie również Tego kto je powiedział. To zaś ma swoje daleko idące konsekwencje. Ten tok myślenia wspiera bardzo znana, zamieszczona dalej przypowieść o domu budowanym na skale lub na piasku. Tam już dosłownie jest powiedziane, że skałą na której winniśmy budować nasze życie są Słowa Jezusa. Wiara zbudowana na czymś innym nie przetrwa próby. Tak więc nie każda wiara niesie nam ocalenie, ale tylko ta w Prawdę objawioną nam w Bożym Słowie. To nie jest wszystko jedno komu ufamy, bo to nie sama wiara nas zbawia, ale wiary czyli zaufanie Jezusowi do tego stopnia, żeby żyć tak jak nam powiedział. W pewnym sensie sami dokonujemy wyboru co uznajemy za prawdę, oraz co z nią chcemy zrobić. Wniosek powinien być oczywisty: swoje życie i swoją wiarę musimy budować na Bożym Słowie i nie pozwolić na to, aby jacyś zwodziciele (wilki w owczych skórach) nas od tego odwiedli. Każdy kto odciąga nas od życia zgodnego z Bożym Słowem jest oszustem i zwodzicielem, fałszywym prorokiem i wilkiem w owczej skórze, dlatego mamy ich rozpoznawać po ich uczynkach i unikać, bo mogą mieć zgubny wpływ na całe zbory. Niby jest to bardzo oczywiste przesłanie znajdujące się również w innych miejscach Biblii, a jednak nie każdy to przyjmuje.

Myślę, że na takie proste i oczywiste wnioski stać każdego kto zechce się chwilę zastanowić nad tym tekstem. Natomiast wielu z tych którzy uważają się za kalwinistów starają się tym fragmentem tłumaczyć prawdziwość nauki o predestynacji, chociaż ten fragment zupełnie nie do tego się odnosi. Chodzi o słowa Jezusa: „Nigdy was nie znałem.” Zdecydowanie szerszy opis sądu Jezusa mamy kilkanaście rozdziałów dalej w Mt 25. Tam też słyszymy podobne słowa wypowiedziane do „panien nieroztropnych” które brzmią: „nie znam was” (Mt 25,12) i również jest to w odniesieniu do ich wołania: Panie, Panie… Natomiast w wersecie 41 czytamy, że Jezus do „tych po lewej” mówi „idźcie precz ode mnie” chociaż i oni uważają Go za swojego Pana. W praktyce jeżeli ktokolwiek stanie na Bożym sądzie, to czy usłyszy: nigdy cię nie znałem; czy: nie znam ciebie, czy: nie chcę cię znać (idźcie precz ode mnie), to i tak będzie dla niego znaczyło to samo – odrzucenie. Pomimo uważania się za sługę, a dokładniej niewolnikiem Jezusa taki człowiek usłyszy, że był sługą nieużytecznym i zostanie wyrzucony na zewnątrz, w ciemność, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów (w. 30). Skoro nie czynił uczynków swego Pana, to też nie wejdzie do radości i odpoczynku swego Pana, bo też nie pozostawał w jedności ducha ze swoim Panem wydając inne owoce niż On. To się wydaje logiczne. Przesuwanie akcentów w tekście i skupianie się na tym co może nam służyć jako wsparcie naszej doktryny zamiast podążanie za tekstem jest również ingerencją w jego przesłanie. Niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w predestynację czy nie jego życie musi charakteryzować walka o świętość i trwanie w Duchu swego Pana. To zaś wyda owoc w postaci postępowania podobnego do postępowania Jego Pana, czyli bezwzględnego posłuszeństwa Bogu. Innej drogi nie widzę i nie chcę wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Wiara człowieka musi się wyrazić w uczynkach miłości inaczej jest bezowocna lub wydaje niewłaściwe owoce (Jk 2,17-26; Gal 5,6). My zaś po widzialnych owocach poznajemy do kogo należy niewidzialna dusza człowieka. Ten sam wniosek możemy wyciągnąć z paralelnego fragmentu zawartego w Ewangelii Łukasza 6,43-49, a jego głównym przesłaniem może być werset 46 (Dlaczego mówicie do mnie: Panie, Panie, a nie czynicie tego, co mówię?). Podsumowując można powiedzieć, że Królestwo Boże nie realizuje się w gadaniu i deklaracjach słownych lecz w mocy, która uzdalnia nas działania zgodnego z Bożą wolą (1Kor 4,20; Mt 21,28-32). Jezus mówi: nie patrzcie na to, ale na tamto, bo to, a nie tamto jest prawdziwym świadectwem przynależności do mnie. (To tyle, reszta choć ciekawa nie może być podstawą tak wielkiej doktryny jaką jest przyczyna zbawienia duszy ludzkiej. Gdyby tak było musiało by o tym pisać dużo bardziej wprost i w wielu innych miejscach jak o wierze, tak by nie dało się tego przesłania usunąć z kart Biblii, niestety tak nie jest. Poprzestańmy więc na tym co jest napisane i tego się trzymajmy (2Kor 4,5-7).

Przeto nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga. A ja odniosłem to do siebie samego i do Apollosa przez wzgląd na was, bracia, abyście na nas się nauczyli nie rozumieć więcej ponad to, co napisano, żeby nikt z was nie wynosił się nad drugiego, stając po stronie jednego nauczyciela przeciwko drugiemu. Bo któż ciebie wyróżnia? Albo co masz, czego nie otrzymałbyś? A jeśli otrzymałeś, czemu się chlubisz, jakobyś nie otrzymał? (1Kor 4,5-7)

Inne środowisko zwane potocznie charyzmatykami ma z tym fragmentem większy problem. Określenie charyzmatycy jest bardzo nieprecyzyjne i dotyczy zarówno zielonoświątkowców starających się trzymać nauki Biblii, jak również grupy odnowy charyzmatycznej w KRK, czy całkowicie zdemonizowany ruch trzeciej fali, gdzie głosi się ewangelię sukcesu finansowego, a w ruchu wiary widzimy wiele fałszywych cudów i znaków, proroctw i uzdrowień, padanie w duchu i niby święty śmiech, oraz wiele innych ponadnaturalnych lecz niebiblijnych zjawisk. A więc problem tych, którzy starają się jeszcze przejmować Bożym Słowem (inni mnie teraz nie bardzo obchodzą) jest taki, że doktryna charyzmatyczna zawiera między innymi naukę o chrzcie w Duchu Świętym, który jak twierdzą jest niezbędny do otrzymania darów Ducha Świętego. Zatem kto ma dary ten też uważa że posiada Ducha Świętego, a co za tym idzie musi być częścią Ciała Chrystusa i praktycznie jest już jedną nogą w niebie. Powyższy fragment zaprzecza również takiej logice pokazując że cuda i znaki nie świadczą o przynależności do Chrystusa. Charyzmatycy uważają, że dary łaski Bożej są nieodwołalne (Rz 11,29) i dlatego mogą z nich korzystać ludzie którzy byli nawróceni, ale całkowicie odwrócili się od Boga. Również temu wydaje się zaprzeczać nasz fragment, właśnie ową kontrowersyjną wypowiedzią. Dlatego też powstała nowa interpretacja tego wersetu mówiąca że fragment ten dotyczy cudotwórców pogańskich, dalekowschodnich guru, filipińskich uzdrowicieli, itd. Oni bowiem mogą korzystać z mocy diabelskiej, czyli nie pochodzącej od Boga. Oni to kierują się zaleceniami przewodników duchowych (demonów) z którymi kontaktują się zwykle w czasie medytacji. Taki przewodnik może podawać się nawet za Jezusa lub cudotwórca może wypowiadać Jego Imię w czasie czynienia cudów, albo jakiś prorok może zasłaniać się Tym Imieniem podczas prorokowania, ale to jeszcze nic nie znaczy, bo przecież sam diabeł jest ojcem kłamstwa więc i jego słudzy kłamią. Tak też doszliśmy do wyjaśnienia w jaki sposób można czynić cuda w imieniu Jezusa, a do Niego nigdy nie należeć. Może jest jakaś logika w tym tłumaczeniu, być może ktoś uzna ją za właściwą w naszych okolicznościach, ale zupełnie nie o tym mówi nasz fragment. Dla Izraelitów dalekowschodni guru, prorok lub cudotwórca (ktoś spoza ich narodu) nie był żadnym zagrożeniem, a nawet nie miał prawa wśród nich nauczać. Porządny Żyd nie posłuchałby jakiegoś poganina nawet gdyby robił niezwykłe rzeczy, bo przecież to on był narodem wybranym i szczególną własnością Boga. Żyd raczej skojarzyłby te nauczanie z Prawem Mojżeszowym np. 5Mż 13,2-11.

Jeśliby powstał pośród ciebie prorok albo ten, kto ma sny, i zapowiedziałby ci znak albo cud, i potem nastąpiłby ten znak albo cud, o którym ci powiedział, i namawiałby cię: Pójdźmy za innymi bogami, których nie znasz, i służmy im, to nie usłuchasz słów tego proroka ani tego, kto ma sny, gdyż to Pan, wasz Bóg, wystawia was na próbę, aby poznać, czy miłujecie Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej. Za Panem, waszym Bogiem, pójdziecie i jego będziecie się bać, i jego przykazań przestrzegać. Jego głosu będziecie słuchać, jemu będziecie służyć i jego się trzymać. A ten prorok albo ten, kto ma sny, poniesie śmierć, gdyż namawiał do odstępstwa od Pana, Boga waszego, który was wyprowadził z ziemi egipskiej i wykupił cię z domu niewoli, aby cię sprowadzić z drogi, którą Pan, Bóg twój, nakazał ci iść. Tak wyplenisz to zło spośród siebie. Jeśliby rodzony twój brat albo twój syn, albo twoja córka, albo twoja żona, albo twój przyjaciel, którego miłujesz jak siebie samego, namawiał cię potajemnie, mówiąc: Chodźmy i służmy innym bogom, których nie znałeś ani ty, ani twoi ojcowie, któremuś spośród bogów ludów będących wokół was, zarówno tych bliskich jak i tych odległych od ciebie, od krańca ziemi do krańca ziemi, nie zgodzisz się ani go nie usłuchasz, a twoje oko nie zlituje się nad nim i nie pożałujesz go ani go nie ukryjesz, ale nieodwołalnie zabijesz go. Ty pierwszy podniesiesz przeciw niemu swoją rękę, aby go zabić, a potem cały lud, i ukamienujesz go, zadając mu śmierć za to, że usiłował odwieść cię od Pana, Boga twego, który wyprowadził cię z ziemi egipskiej, z domu niewoli. (5Mż 13,2-11)

Podobne ostrzeżenia mówiące o tym, że spośród wierzących mogą powstać osoby, które będą fałszywymi prorokami i wilkami w owczych skórach przekazuje nam również Paweł. Czy to nas dziwi? Nie powinno, bo to nie jest żadne szczególne zjawisko w naszych zborach. Ważnie pytanie dotyczy tego, czy oni kiedykolwiek należeli do Chrystusa, ale teraz nie zajmujemy się tą kwestią. Chociaż z drugiej strony musieli mieć dobrą opinię w zboże, a nawet się w nim wyróżniać, żeby ktokolwiek ich słuchał. Być może były to tylko pozory, ale zagrożenie jest realne dla uczniów.

Ja wiem, że po odejściu moim wejdą między was wilki drapieżne, nie oszczędzając trzody, nawet spomiędzy was samych powstaną mężowie, mówiący rzeczy przewrotne, aby uczniów pociągnąć za sobą. Przeto czuwajcie, pamiętając, że przez trzy lata we dnie i w nocy nie przestawałem ze łzami napominać każdego z was. A teraz poruczam was Panu i słowu łaski jego, które ma moc zbudować i dać wam dziedzictwo między wszystkimi uświęconymi. (Dz 20,29-32)

Co jeszcze możemy zobaczyć w naszym fragmencie. Zdecydowanie podstawowym przesłaniem jest potrzeba życia zgodnego z Bożym Słowem o czym już mówiliśmy. Nie ma od tej reguły żadnych wyjątków, kto żyje w świetle jest dzieckiem światła, kto żyje w ciemności nie może być dzieckiem światłości. To jedno z podstawowych przesłań zarówno tego fragmentu jak i całej Biblii i chyba nie budzi to niczyich wątpliwości. Ale czy to wszystko o czym mówi nam Jezus? Wydaje mi się, że daje nam również do zrozumienia, że nie używa ludzi którzy do Niego nie należą, w sensie że nie powołuje takowych do swojej służby. Dlatego też i my nie powinniśmy tego robić w naszych zborach. Np. piękne pieśni płynące z nienawróconych, czyli zanurzonych w grzechach serc nie oddaje Bogu chwały. Zbór ma być społecznością ludzi wywołanych z tego świata oddających Bogu chwałę w swych sercach i życiu poprzez wywyższenie Jego Słowa (czyli posłuszeństwie Mu). Oto dowód prawdziwej czci i miłości. To ogromne nieporozumienie. Ponad to wydaje się, że Jezus sugeruje, iż dopóki człowiek nie zostanie złamany dla Niego nie może przez Niego płynąć Boża moc czyniąca cuda i znaki. Dlaczego? Bo to nie ludzie czynią znaki i cuda, oraz mówią proroctwa, ale Jezus działa przez nich. Jak Chrystus działał cuda i znaki przez swoje ciało gdy chodził po ziemi tak teraz chce działać przez swoje ciało teraz w swoim Duchu.

Paweł mówi:

Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie. (Gal 2,20)

Jego to zwiastujemy, napominając i nauczając każdego człowieka we wszelkiej mądrości, aby stawić go doskonałym w Chrystusie Jezusie; nad tym też pracuję, walcząc w mocy jego, która skutecznie we mnie działa. (Kol 1,28-29)

Bo chociaż żyjemy w ciele, nie walczymy cielesnymi środkami. Gdyż oręż nasz, którym walczymy, nie jest cielesny, lecz ma moc burzenia warowni dla sprawy Bożej; nim też unicestwiamy złe zamysły i wszelką pychę, podnoszącą się przeciw poznaniu Boga, i zmuszamy wszelką myśl do poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi, gotowi do karania wszelkiego nieposłuszeństwa, gdy posłuszeństwo wasze będzie całkowite. (2Kor 10,3-6)

Dochodzimy zatem do nauki o zamieszkiwaniu Chrystusa w wierzących i choć Biblia nazywa to tajemnicą wiary, to jednak nie pozostawia wątpliwości co do prawdziwości tego faktu. Tak więc Chrystus zamieszkujący Swe Ciało przez Swego Ducha oddziałuje zarówno na osobę wierzącą, jak też na jej życie i otoczenie. Człowiek nie jest w stanie sam uwolnić się od swojej grzesznej natury, a nawet zapanować nad nią bez wsparcia Ducha Świętego. Dar Ducha Świętego to wielka łaska dla nas ludzi bez którego nie bylibyśmy w stanie skorzystać z ofiary Jezusa, bo nie bylibyśmy w stanie wejść na drogę krzyża będącą równocześnie drogą uświęcania się. Jednak bez złamania naszego ego moc Ducha Świętego zostaje w pewnym sensie zamknięta lub zdecydowanie ograniczona przez dominującą w nas naturę starego człowieka. Zatem najpierw Bóg przygotowuje człowieka do służby, a dopiero gdy jest do niej gotowy, czyli dyspozycyjny dla Boga, poddany w pełni Jego Słowu, może zostać powołany do jakiejś służby w Ciele Chrystusa. Pozostaje jeszcze pytanie czym w takim razie jest dar duchowy lub inaczej mówiąc dar Ducha Świętego, bo tak Biblia nazywa prorokowanie, uzdrawianie, czy czynienie cudów jeżeli nie określonym rodzajem służby połączonej ze wsparciem Ducha Świętego? Zwykliśmy dary traktować jak przedmioty, które można kupić w sklepie lub naturalne talenty które albo się ma albo nie. Popatrzmy na prorokowanie, przecież bez jedności z Duchem Świętym żaden wielki czy mały człowiek nie jest w stanie prorokować, bo nie wie co ma mówić. A uzdrawianie czy jest jakiegoś rodzaju talentem duchowym, czy raczej służbą proszenia Boga o zdrowie fizyczne na które On sam powołując kogoś do takiej służby obiecał odpowiadać? Nie jesteśmy w stanie uzdrawiać sami z siebie, ale jesteśmy w stanie odrzucić służbę u Boga który daje zdrowie. Podobnie jest z każdym innym darem, czy cudem. Kto zaś do czego zostaje powołany, czyli jaka służba zostanie mu powierzona zależy wyłącznie od Boga. Duch Święty to nie sprzedawca, albo rozdawca ponadnaturalnych zdolności które możemy mieć do własnej dyspozycji, ale Bóg włączający nas do swojego dzieła zbawienia ludzkości. Czy naprawdę myślicie, że człowiek sam z siebie może rozeznawać duchy lub im rozkazywać? Ciało nie ma władzy nad duchem, sami z sobą nie potrafimy sobie poradzić a chcielibyśmy panować nad zastępami demonicznymi. To jakiś rodzaj pychy na nie pokora względem Stwórcy. To człowiek oddany Bogu pozostaje w mocy Chrystusa, a On powierza służby lub jakieś zadania jedynie swoim niewolnikom. Oczywiście Bóg może do swoich celów wykorzystywać ludzi niewierzących, a nawet złe duchy, ale to nie znaczy że powierzył im jakąś posługę. Dostać służbę od Pana to być przez Niego uznanym za swojego. A żeby dostąpić śmierci męczeńskiej trzeba zostać uznanym przez Pana za w pewnym sensie baranka bez skazy. To wyróżnienie, zaszczyt, dostąpienie pewnego rodzaju godności, ale mało kto to dzisiaj rozumie bo nie takich zaszczytów i godności szukamy. Bardziej pasuje nam moc duchowa, ponadnaturalne zdolności na własność, czy zwyczajnie dużo pieniędzy, sukcesów i zaszczytów w codziennym szczęśliwym życiu.

Biblijna moc nie ma natury bezosobowej i nie można z niej korzystać jak z prądu. Ponadnaturalną moc mają ponadnaturalne dla nas stworzenia i Bóg. Oni też mogą robić różne niemożliwe dla nas rzeczy, ale żaden człowiek nie ma mocy aby panować nad bytami duchowymi (Heb 2,7). To one panują nad nami gdyż wielokrotnie przewyższają nas mocą. Ratunkiem przed upadłymi w grzech i nieprawość duchami jest schronienie się pod opiekę Kogoś od nich mocniejszego. Nie ma takiej możliwości, aby człowiek był obdarzony mocą i o własnych siłach zmagał się z siłami ciemności lub toczył jakieś własne wojny. Każdy kto nie jest chroniony mocą Najwyższego jest pod mocą demonów, które podbiły ludzkość i nad nią panują. Dlatego też każdy człowiek czyniący jakieś ponadnaturalne rzeczy (prorokuje, uzdrawia, czyni cuda, czy mówi obcymi językami których się nie uczył) nie posiada duchowej mocy do własnej dyspozycji, ale wszedł w duchową jedność z bytami duchowymi które mogą to czynić. Istoty te można podzielić tylko na dwie kategorie: Bóg i duchy Jemu podległe, oraz upadłe w grzech duchy, które od Niego odpadły. Innych możliwości nie ma. Wyjaśniając tą sprawę Jezus tłumaczy, że o przynależności do Niego nie świadczy czynienie rzeczy duchowych, bo mogą to też uczynić ludzie poddani demonom, ale życie czyste, święte, oddzielone od grzechu, bo tego nie potrafią uczynić ludzie będący pod wpływem złych duchów. Aby móc żyć takim życiem trzeba korzystać z pomocy Ducha Świętego, bo tylko On może nam udzielić mocy do wyjścia ze swoich grzechów. To wolność którą obdarza nas Chrystus, ale przez Swego Ducha (J 8,36). Świętość pochodzi wyłącznie od Świętego. Ona jest podstawą naszej jedności z Bogiem jeżeli tylko jesteśmy gotowi o nią walczyć odrzucając wpływy tego świata, naszej grzesznej natura, a również upadłych duchów, po to aby żyć pod mocą Boga, w posłuszeństwie Jego Słowu. Oto wyraz prawdziwej miłości do Boga. Natomiast człowiek czyniący duchowe rzeczy jest duchowy, a nie cielesny, więc trzeba jedynie ustalić do kogo należy skoro takie rzeczy czyni. Ludzie cieleśni takich rzeczy nie potrafią, bo sami są martwi duchowo, pozostając pod jakimś wpływem (często oboma gdyż diabeł panuje nad światem, a Bóg nad wszystkim). Nie wchodząc w jedność z Chrystusem pozostają pod mocą złego, ale nie jako świadome narzędzia jego bezpośredniego działania. Jednak ci z demoniczną mocą są bardzo niebezpieczni nawet dla wierzących, bo to zwodziciele i oszuści, wilki w owczych skórach przynoszący śmierć, a nie życie Bożej trzodzie. Przed nimi przestrzegał nas Jezus podając sposób ich rozpoznawania. Ich siła tkwi w tym, że mogą być uznani za sługi Boga, a znaki które czynią mogą zostać uznane za potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Słowa mogą zwodzić podobnie jak zewnętrzne przejawy czyjegoś postępowania, ale ktoś oddzielony od Chrystusa nie może być do Niego podobny, chociaż może się za Jego sługę podawać, to nie potrafi wydawać tych samych owoców co On. Wilk nie będzie pasł owiec, bo to wbrew jego naturze, tak jak i świętość jest obca odłączonym od Boga aniołom. Ta natura musi się wcześniej czy później ujawnić w czynach każdego sługi diabła.

Tacy bowiem są fałszywymi apostołami, pracownikami zdradliwymi, którzy tylko przybierają postać apostołów Chrystusowych. I nic dziwnego; wszak i szatan przybiera postać anioła światłości. Nic więc nadzwyczajnego, jeśli i słudzy jego przybierają postać sług sprawiedliwości; lecz kres ich taki, jakie są ich uczynki. (2Kor 11,13-15)

Takim ludziom z pewnością może On powiedzieć, że nigdy ich nie znał, chociaż w rzeczywistości Bóg zna wszystkich, nawet samego diabła który przecież jest byłym aniołem. Podobnie pierwsi ludzie chodzili w niewyobrażalnej dla nas przyjaźni z Bogiem zanim wybrali nieposłuszeństwo. Myślę, że wspólną cechą tych obu stworzeń jest to, że poddani próbie nie przeszli jej ujawniając swoją prawdziwą naturę, czyli to co było w głębi ich serc. Był taki czas kiedy żyli z Bogiem i służyli Mu, ale w głębi serca był tam jakiś opór względem Niego, nigdy do końca Go nie kochali. Wbrew pozorom chociaż prawdziwej natury człowieka nie da się zobaczyć, to to co z niego wychodzi już można dostrzec i ocenić.

A teraz, dzieci, trwajcie w nim, abyśmy, gdy się objawi, mogli śmiało stanąć przed nim i nie zostali zawstydzeni przy przyjściu jego. Jeżeli wiecie, że jest sprawiedliwy, wiedzcie też, że każdy, kto postępuje sprawiedliwie, z niego się narodził. (1J 2,28-29)

Tego jednak nie jest w stanie dokonać ten kto nie zna Boga, bo nie potrafi rozpoznać uczynków światłości, czyli swego Pana działającego w innych osobach. Tutaj ludzka wiedza często zawodzi, ale owoce jakie każdy z nas wydaje są najlepszym świadectwem przynależności do jednej z duchowych sił. To zadanie dla duchowych pasterzy. Zwodziciele zwodzą nas, czyli odciągają od pełnienia woli Bożej jak to robił wąż w raju. Natomiast ktoś kto kocha Boga postępuje odwrotnie: lgnie do Niego, szuka Jego bliskości, wyraża się z czcią o Nim, itd… Prawdziwy sługa Boży pozna drugiego sługę swego Pana tak jak i rozpozna symulanta, czy oszusta.

Nie ma bowiem drzewa dobrego, które by rodziło owoc zły, ani też drzewa złego, które by rodziło owoc dobry. Każde bowiem drzewo poznaje się po jego owocu, bo nie zbierają z cierni fig ani winogron z głogu. Człowiek dobry z dobrego skarbca serca wydobywa dobro, a zły ze złego wydobywa zło; albowiem z obfitości serca mówią usta jego. (Łk 6,43-45)

Czy jednak w naszych czasach mamy takich ludzi, czy tylko tych którzy za takich chcieliby uchodzić? Cieleśni ludzie robią sporo zamieszania wokół siebie i tego czym się zajmują. Wydaje im się, że mają sporo wiedzy, zapału i dobrych pomysłów. Jednak same dobre chęci nie wystarczą, a marketingowe metody zdobywania poparcia dla siebie to nie zdobywanie ludzi dla Chrystusa. Wielu jednak bardziej zależy na powiększaniu zborów nawet jeżeli by to miało znaczyć wpuszczanie do nich, a nawet gloryfikowanie cielesnych wyznawców nie wspominając już o tych zupełnie nienawróconych do Boga ludzi. Mamy swoje wizje, plany i koncepcje, ale gdy prawdziwie zjednoczymy się w duchu z naszym Panem okaże się, że nie mają one większego znaczenia, nawet gdy mamy rację. Zatroszczmy się więc w pierwszej kolejności o to, aby w pełni zjednoczyć się z Chrystusem nie mając już własnej sprawiedliwości, ale bazując na Jego doskonałej, Bożej sprawiedliwości. Skąd pomysł, że Bóg będzie wspierał nasze cielesne, a nie Jego duchowe wizje?

Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary, żeby poznać go i doznać mocy zmartwychwstania jego, i uczestniczyć w cierpieniach jego, stając się podobnym do niego w jego śmierci, aby tym sposobem dostąpić zmartwychwstania. (Flp 3,8-11)

Zaprzyjmy się więc siebie samych i dobrowolnie pójdźmy na krzyż, tak jak Jezus po to, aby ukrzyżować tam swoje racje, cielesne pragnienia i plany. Pozwólmy umrzeć naszemu egoizmowi, abyśmy byli w stanie oddać się do dyspozycji Chrystusowi i żyć w Jego mocy. Tylko takie zaufanie jest w Biblii nagrodzone obietnicą życia wiecznego, bo gdy obumrze to co cielesne okaże się kto w jakiej duchowości żył i postępował co potwierdzą jego czyny których nikt się przed Bogiem nie wyprze. Narodźmy się do życia duchowego, aby żyć pełnią chrześcijaństwa, a nie zadowalajmy się cielesnym chwaleniem Boga, które i tak nie jest Mu miłe. Celem Bożego działania względem nas jest wprowadzenie nas w życie duchowe, które nie przemija ale trwa na wieki. Wzbranianie się przed tym jest oporem względem samego Boga i nieposłuszeństwem względem Jego woli, a nawet buntem jeżeli człowiek uparcie trwa przy swoim. Po to bowiem przyszliśmy na świat tak jak Jezus, aby umrzeć dla życia w ciele i żyć w duchu z Bogiem i dla Boga. Gdzie Pan idzie tam też Jego niewolnik. Innej drogi nie ma. Krzyż weryfikuje każdego.

A Jezus odpowiedział im, mówiąc: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje. Kto miłuje życie swoje, utraci je, a kto nienawidzi życia swego na tym świecie, zachowa je ku żywotowi wiecznemu. Jeśli kto chce mi służyć, niech idzie za mną, a gdzie Ja jestem, tam i sługa mój będzie; jeśli kto mnie służy, uczci go Ojciec mój. (J 12,23-26)

Jeżeli już ktoś zjednoczymy się w duchu z Chrystusem, to Boży Duch popłynie też przez niego. Wówczas będzie się musiał nauczyć żyć pod Jego dyktando. Wtedy też będzie mógł inaczej popatrzeć na otaczającą go rzeczywistość, Jego oczami i działać w jedności z Nim. Potem przyjdzie czas na poprawianie tego co wymaga naprawy, ale już w inny sposób. Wszystko bowiem musi się dokonywać w wyznaczonym przez Boga porządku.

A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego. (Mt 7,3-5)

Zastanówmy się chwilę nad duchowym przesłaniem podanych tekstów, abyśmy jak i tamci nie przyjmowali łaski Bożej nadaremno, ale oddawali Bogu cześć prawdziwie, w duchu i prawdzie. Takich to bowiem czcicieli chce mieć Ojciec i takich szuka. Każdego też stara się w tą stronę prowadzić, bo nie ma innej drogi do życia wiecznego jak tylko przez Jezusa Chrystusa i Jego krzyż. Wielu jest dzisiaj na świecie cielesnych czcicieli Boga, którzy niestety pozostają pod panowaniem własnej cielesności i pomimo wzniosłych słów i dobrych chęci rządzą wśród nich światowe pobudki (1J 2,16). Oni też wciąż pozostają pod wpływem duchów ciemności nie doświadczywszy prawdziwej jedności z Chrystusem. Ciesząc się tym czego nie mają. Nie dajmy się zwodzić pozorom Bożej mocy, radości, czy wizji pochodzących w rzeczywistości od złego. Skupmy się raczej na Bożej świętości i posłuszeństwie Słowom Chrystusa, abyśmy mogli trwać w Jego Świętym Duchu Miłości. Tego diabeł nie jest w stanie podrobić, aby nas oszukać.

Bądźcie naśladowcami moimi, bracia, i patrzcie na tych, którzy postępują według wzoru, jaki w nas macie. Wielu bowiem z tych, o których często wam mówiłem, a teraz także z płaczem mówię, postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego; końcem ich jest zatracenie, bogiem ich jest brzuch, a chwałą to, co jest ich hańbą, myślą bowiem o rzeczach ziemskich. (Flp 3,17-19)

ta zaś, która prowadzi rozwiązłe życie, już za życia umarła. Przykaż im, żeby były nienaganne. A jeśli kto o swoich, zwłaszcza o domowników nie ma starania, ten zaparł się wiary i jest gorszy od niewierzącego. (…) Młodszych zaś wdów na listę nie wciągaj, bo gdy namiętności odwiodą je od Chrystusa, chcą wyjść za mąż, ściągając na się potępienie, ponieważ pierwszej wierności nie dochowały; oprócz tego zaś uczą się próżniactwa, chodząc od domu do domu, i nie tylko nic nie robią, lecz są także gadatliwe i wścibskie i mówią, czego nie trzeba. (1Tym 5,6-13)

Co zatem możemy powiedzieć tym setkom tysięcy ludzi którzy w sposób cielesny próbują wielbić Boga? Wcale nie mam tutaj na myśli wyłącznie katolików, protestantów, czy ewangelików z ich rozbudowanymi ceremoniami, zwyczajami, czy strukturami, ale tych którym wydaje się że narodzili się na nowo. Jedni wychowali się w atmosferze zborów ewangelicznych i potrafią się w tych klimatach dobrze odnaleźć, inni doświadczyli spotkania z Bogiem, które uznali za prawdziwe narodzenie się na nowo, a jeszcze inni wierzą w Boga, ale w sprawy Boże angażują się niechętnie. Cieleśni wierzący nie różnią się wiele w swych dążenia od ludzi niewierzących tylko działają na innej płaszczyźnie. Interesuje ich zdobywanie wiedzy, bo wiedza to potęga, albo robią kariery w strukturach zboru lub wyżej uważając się za szczególnych pomazańców Bożych, rywalizują z innymi i to nie zawsze uczciwie zamiast wspólnie szukać woli swego Pana, dopuszczają się przekrętów finansowych, zdrad małżeńskich, czy gnębienia współwyznawców. W trochę inny sposób niż ich rówieśnicy w świecie walczą o swoje racje, mając na względzie bardziej swoje interesy niż pragnienie podobania się do Chrystusa. Wielu innych przychodzi bo w zborach są ich przyjaciele, rodzina lub znajomi. Są też tacy którzy lubią sobie posłuchać o Bogu, interesuje ich świat duchowy, albo uważają że jest to dobre środowisko dla ich dzieci, ale sami nie chcą się angażować. Jeszcze inni już się zadeklarowali lecz nie chcą wzrastać, bo im się wydaje że zbawienie już mają a reszta im nie jest potrzebna. Jeszcze inni są z nami jakby przez zasiedzenie, kiedyś przyszli i tak już zostali. Wszyscy się do nich przyzwyczaili i ich akceptują jako swoich, a z nimi jest bardzo różnie, najczęściej źle. Mają wprawdzie podobne do nas poczucie moralności, odcinają się od ogólnie przyjętego zła i od lat się u nich niewiele zmienia. Wielu z nas twardo stoi na ziemi, ustawiło się, dużo pracują aby utrzymać lub podnieść swój standard życia wierząc że Bóg im w tym pomaga. Bardzo wielu się kształci, dobrze orientuje w nowinkach technicznych i trendach mody, potrafią się bawić i korzystać z życia, inni otwarcie przyjaźnią się ze światem i są też przez niego akceptowana. Mają swoje środowiska ludzi niewierzących w których czują się dobrze, robią kariery zawodowe, czy realizują swoje hobby, spędzają czas głównie w gronie rodzinnym, itd. Nie mówię, że to wszystko jest złe z moralnego punktu widzenia, ale czy o takim uczniostwie mówi Biblia?

Zdecydowana większość tych ludzi szczerze wierzy w Boga, szuka jego błogosławieństwa, liczy na życie wieczne, a nawet niejednokrotnie wzrusza się na dobrze powiedzianych kazaniach, czy własnych modlitwach. Problem w tym, że nie chcą na poważnie zmieniać swoje życie, a jedynie coś w nim poprawić z czym mają problemy. Podświadomie w swoich oczach mocno wywyższają własne zasługi, talenty, czy pomysły dziwiąc się że innym z takim trudem przychodzi je dostrzec. Natomiast rzetelną i szczerze oddaną służbę innych nie doceniają. Dużo łatwiej widzą ich potknięcia, słabości czy błędy. To jednak nie służy ich wsparciu, czy udzieleniu im pomocy lecz najczęściej idzie w stronę cichego samouwielbienia, krytyki innych i dalszej bezczynności. Nie zawsze obraz ten jest tak jaskrawy, czasami różne dobre i złe cechy mieszają się z sobą, a w ich życiu wydaje nam się że widzimy zarówno dobre jak i złe owoce. Trudno bowiem ocenić człowieka cielesnego pragnącego być duchowy, dobrym lub religijnie poprawnym. Często też niedojrzały duchowy człowiek niewiele się różni w swoim postępowaniu od swego otoczenia. Musi wzrastać i dojrzewać, żeby było widać w nim postępy. W końcu każdemu zdarzają się też gorsze dni i upadki różnego rodzaju. Jednak powinni się z nich podnosić i iść dalej. Dlatego też Jezus nauczał abyśmy nie sądzili innych, bo jaką miarę do nich przyłożymy taką i sami będziemy zmierzeni, a to nie byłoby dla nas dobre. Nie szukajmy więc wad i błędów u innych, a troszczmy się o własne trwanie w pełnym posłuszeństwie względem swego Pana. On w razie potrzeby gdy będziemy gotowi być może wyśle nas do naprawiania tego co już teraz postrzegamy jako niewłaściwe. Zdarza się też czasami, że owi cieleśni wierzący przewyższają niedojrzałe duchowe osoby wiedzą, osobowością, systematycznością, konsekwencją w swoich poczynaniach, a nawet entuzjazmem który im towarzyszy przy realizacji ich własnych planów. Sporo w tym pychy i zarozumialstwa chociaż bardziej ukrytej, a jeżeli owi cieleśni liczebnie zaczynają dominować w zborach, to są też wybierani na coraz wyższe stanowiska i stają się złymi przykładami dla innych. Cieleśni ludzie wolą to co cielesne dlatego pomysły innych cielesnych będą im bardziej odpowiadać niż prawdziwe podążanie za Jezusem drogą krzyża. Natura ludzka będzie się bronić przed samounicestwieniem. To ogromne nieszczęście i wielka strata dla prawdziwie wierzących, którzy nie zawsze to widzą, albo mają wystarczającą ilość odwagi aby im się sprzeciwić, a czasami po prostu brak im pewności co jest Bożą wolą, a co nią nie jest. To problem znany już w Izraelu w czasach zupełnie innych niż nasze, choć problemy natury ludzkiej są ponadczasowe.

Istnieje pewne zło, które widziałem pod słońcem, a jest nim pewien rodzaj pomyłki, która wychodzi od zwierzchności: Że głupców stawia się na wysokich stanowiskach, a zasobni w mądrość siedzą nisko. Widziałem niewolników na koniach, a książąt idących piechotą jak niewolnicy. (Koh 10,5-7)

Taki rodzaj chrześcijaństwa wydaje się dużo bardziej niebezpieczny dla jeszcze żywych społeczności niż zagrożenia zewnętrzne. Każdy bowiem wie, że kłamstwo, oszustwo, kradzież, cudzołóstwo, czy zabójstwo są złe. Większość z nas rozpoznaje równie dobrze zagrożenia okultystyczne idące do nas z Ameryki wraz z trzecią falą charyzmatyczności rozlewającą się na cały świat. Świadomie możemy się też bronić przed błędami i dogmatami katolików, świadków Jehowy, kościoła lokalnego, czy charyzmatyków. To wciąż zagrożenia zewnętrzne z którymi da się skutecznie walczyć jednak opór wewnętrzny sporej części zboru (względem Boga i prowadzących) spowoduje jego zablokowanie i zatrzymanie jego wzrostu jako społeczności. To bardzo przykre ale każdy człowiek w jakimś stopniu przejawia pewien upór względem Boga nie chcą się Mu poddawać, nie chcą się na Niego otwierać, nie pozwalając Mu na kształtowanie siebie. Biblia nazywa to zatwardziałością serca człowieka, czyli zajęciem twardego stanowiska i niechęcią do ustępstw nawet względem Boga. Jak w takim razie mamy się rozwijać, dojrzewać i obfitować kiedy wzrost nawet tych prawdziwie nawróconych jest mocno tłumiony niejednokrotnie nawet przez ich przełożonych w wierze.

Przypatrzmy się sobie i naszym zborom i dostrzeżmy, że pod wieloma względami wcale nie różnimy się tak bardzo od otaczającego nas społeczeństwa dlatego też nie wywieramy na niego prawie żadnego wpływu. Ludzi duchowych nazywamy fanatykami i dziwakami, a najmądrzejszych i najbogatszych spośród siebie uważamy za elitę swoich zborów. Nie zależy nam na spalaniu się w służbie dla Boga, a tym bardziej w służbie dla innych ludzi. Raczej wolimy kierować, zarządzać innymi. Jakoś to do nas nie dociera, że nie tą drogą szedł Jezus i nie do tego nas zachęca swoim przykładem. Miłości chcemy doświadczać jako ekscytującego doświadczenia, ale nie ją czynić, a trwanie w nieświadomości uznajemy za podstawę do uniewinnienia. Tak jednak nie jest. Ze wszystkiego co mówimy i robimy zdamy kiedyś sprawę przed Bogiem, nawet z tego jak sprawowaliśmy powierzoną nam przez Niego służbę w Jego domu. Dom ten powinien być prawdziwą świątynią, czyli miejscem kultu Boga, a nie ludzką organizacją działającą pod szyldem Boga. Każdy wierzący powinien być całym sobą mocno związany ze swym Panem jak ciało z głowo gotowe wykonać każde jej polecenie. Powinien kochać Go jak oblubienica swego oblubieńca i czcić Go jak się czci swego Stwórcę, powinien Go znać, szanować i oddawać Mu wszelką należną chwałę z całego swojego serca, umysłu, duszy i ciała. My zaś uważamy to za niedościgły ideał i nawet nie próbujemy wcielać go w życie zadowalając się cielesną formą chrześcijaństwa. Organizujemy różne akcje, chwalimy się chrztami, porównujemy liczebność zborów jakby to była ich siła, albo w ogóle nic nie robimy ciesząc się własnym wybraniem. Odnoszę wrażenie że nasze zbory są stopniowo, ale systematycznie utwardzane naszą cielesnością stając się coraz mniej zdolne do wydawania prawdziwych duchowych owoców prawdziwie miłych Bogu.

Może nie brzmi to dobrze, ale jak tak dalej pójdzie to będziemy mieli sytuację podobną do tej z początków księgi Sędziów kiedy to pokolenie zdobywców ziemi obiecanej wymarło, a nastało inne które nie znało Pana (Sdz 2,8-13).

A gdy również całe to pokolenie wymarło i nastało po nich inne pokolenie, które nie znało Pana ani tego, co On uczynił dla Izraela, zaczęli synowie izraelscy czynić zło w oczach Pana i służyli Baalom. (Sdz 2,10-11)

Coś zupełnie niepojętego. Izrael jako naród uczył się i przestrzegał Prawa Mojżeszowego, obchodził swoje święta, utrzymywał Przybytek i służbę kapłańską oraz lewicką, a jednak nie znał Pana, chociaż ich ojcowie i dziadkowie Go znali. Jak to się mogło stać? Przecież zewnętrznie najprawdopodobniej robili to co ich przodkowie, posiadali podobną wiedzę i wierzyli w istnienie tego samego Boga co tamto pokolenie. A jednak stało się, chociaż pewnie był to proces wymierania prawdziwych czcicieli Boga, których miejsce zajmowali inni ( inni również pod względem serca) Izraelici. I chociaż patrząc z perspektywy Biblii ich przywódcy byli odstępcami od swego Stwórcy, to jednak byli tacy jak całe ich pokolenie i z pewnością w nim znajdowali oparcie. Życie bez osobistych relacji z Bogiem stało się normą. Podobnie w naszych czasach obserwujemy wyraźny przełom w mentalności odchodzącego i przychodzącego pokolenia, zwłaszcza że w ostatnich latach bardzo dużo się zmieniło zarówno w sferze kulturowej, społecznej, zawodowej, technologicznej, naukowej, czy religijnej. Prawdą zaczyna się okazywać stwierdzenie, że bardziej jesteśmy dziećmi swojej epoki niż Biblii, a prawdziwych czcicieli Boga czyli ludzi znających Go osobiście jest wśród nas coraz mniej. Wieli chwali się swoimi osiągnięciami, pozycją, czy błogosławieństwem lecz w głębi swego jestestwa wcale nie są czcicielami Boga (jeszcze lub już, albo nigdy nie byli i wcale do tego nie dążą lub tylko wydaje im się że są wyjątkowi pod różnymi względami).

Dobrocią swą chełpi się wielu, lecz męża pewnego któż znajdzie? (Prz 20,6; BT)

Wielu jest takich, którzy chwalą się swoją dobrocią; lecz kto znajdzie człowieka niezawodnego? (Prz 20,6; BW)

Większa część ludzi przechwala się uczynnością swoją; ale w samej rzeczy, któż takiego znajdzie? (Prz 20,6; BG)

Oto fragment który od zawsze zadziwiał mnie trafnością swojej oceny. Bardzo wielu ludzi chwali się lub szczyci nawet swoją dobrocią, tym co zrobili dla innych ludzi lub Boga. Lecz ta dobroć jak widać nie ma właściwych korzeni skoro służy odbieraniu własnej chwały. Człowiek żyjący dla Boga robi coś dla Niego i oczekuje zapłaty od Niego, a nie szuka ludzkiej chwały, chociaż ona czasami sama go znajduje. Wbrew pozorom to ważne, czy służąc Bogu szukamy ludzkich względów, czy służąc ludziom szukamy względów u Boga. Ta niepozorna zmiana jest świadectwem naszego złego lub dobrego nastawienia do otaczającej nas rzeczywistości, a równocześnie pokazuje na ile rzeczywisty jest dla nas Bóg i jaka jest nasza prawdziwa postawa względem Niego. Jedni Go znają, a inni tylko o Nim mówią, albo nawet używają wiary innych do swoich celów. To też Jezus wyrzucał cielesnym choć religijnym faryzeuszom.

Jakże możecie wierzyć wy, którzy nawzajem od siebie przyjmujecie chwałę, a nie szukacie chwały pochodzącej od tego, który jedynie jest Bogiem? (J 5,44)

A teraz, czy chcę ludzi sobie zjednać, czy Boga? Albo czy staram się przypodobać ludziom? Bo gdybym nadal ludziom chciał się przypodobać, nie byłbym sługą Chrystusowym. (Gal 1,10)

Tak też dochodzimy do wniosku, że człowiek cielesny nie będzie w stanie na dłuższą metę czcić Boga nawet gdy uważa się za chrześcijanina, albo filozofa, czy dobroczyńcę ludzkości. W pewnych sytuacjach może nas zawstydzić jego postawa, czy postępowanie, ale w dłuższej perspektywie czasu okaże się, że w najlepszym wypadku robi to co uważa za słuszne, a często też w jakiś sposób dla siebie korzystny bardziej kierując się własną zasadą niż czyjąś potrzebą. Ta ewentualna zgodność z nauką Biblii z pewnością nie będzie też dotyczyć całej jej zawartości lecz tylko jakiejś jej części. Chociaż duchową osobę nie zawsze można od razu rozpoznać, to jednak warto takich ludzi szukać, aby od nich uczyć się jaki naprawdę jest Bóg. Być może oni pomogą nam zbliżyć się do Boga, a to rozpali nasze serca i pomorze nam dążyć do głębszego poznawania naszego Stwórcy, oraz dalszego szukania. Prawdziwej duchowości nie da się niczym zastąpić, ale można w niej wzrastać. Trzeba zatem właściwie ukierunkować własne myślenie nie zadawalając się cielesnymi aspektami wiary. Tradycja, liturgia, wiedza religijna, wzajemne relacje, zaangażowanie w dzieła zborowe, wędrowanie po różnych konferencjach, znajomość nowości i dyskusji chrześcijańskich toczących się w sieci, codzienna uczciwość, smucenie się z powodu popełnionych grzechów, odrzucenie nałogów, wiara w istnienie Boga, oczekiwanie błogosławieństwa w życiu, unikanie grzechów i środowisk grzechorodnych, wzajemna pomoc, wspólne obiadki, a nawet poznawanie treści Biblii, rozmawianie o Bogu, czy modlenie się do Niego nie przyniosą nam oczekiwanych rezultatów jeżeli nie będziemy mieli pragnienia zmieniania się zgodnie z Jego wolą. Wszystkie wspomniane rzeczy, oraz wiele innych ogólnie przyjętych za dobre, mają sens tylko w połączeniu z oddaniem się Chrystusowi i upodabnianiem się do Niego coraz bardziej i bardziej. W moim odczuciu taka postawa powinna towarzyszyć człowiekowi zarówno przed jego narodzeniem się z ducha jak i po nim, albo nawet tym bardziej po nim. Przemiana wewnętrzna człowieka wydaje mi się miernikiem pokonywania jakiejś drogi, pielgrzymowania, czy inaczej mówiąc zbliżania się do Boga. Jeżeli się nie zmieniasz to stoisz w miejscu na drodze do nieba. Ruszenie do Boga zawsze jest możliwe jeżeli tylko twoje pragnące serce będzie wołać o to do Boga. Na takie wołanie Bóg zawsze odpowie, bo twój wzrost duchowy jest Jego pragnieniem, do tego zostaliśmy powołani aby przynosić Bogu właściwe owoce.

Gdyż Pan wodzi oczyma swymi po całej ziemi, aby wzmacniać tych, którzy szczerym sercem są przy nim; … (2Krn 16,9a)

A my jesteśmy świadkami tych rzeczy, a także Duch Święty, którego Bóg dał tym, którzy mu są posłuszni. (Dz 5,32)

Obietnica ta bowiem odnosi się do was i do dzieci waszych oraz do wszystkich, którzy są z dala, ilu ich Pan, Bóg nasz, powoła. (Dz 2,39)

Może nie dla wszystkich jest to oczywiste, że obietnicą o jakiej tu mowa jest zesłanie na ziemię Ducha Świętego. Wprawdzie Nowy testament mówiąc o obietnicy ma na myśli zarówno wskrzeszenie Mesjasza, obfite obdarowanie Duchem Świętym, odpuszczenie grzechów i życie wieczne z Bogiem (Dz 1,4-5; 13,32-39; 26,6-8). Te rzeczy zaś w jedno się łączą, gdyż Duch Święty zgodnie z obietnicą miał być wzięty od Ojca i zesłany przez Mesjasza po swoim wywyższeniu aby w nas był i upodabniał nas do Niego (J 14,16-17; Dz 2,33). Bez przemieniającej mocy Ducha Świętego nikt z nas nie mógłby wejść do Królestwa Niebieskiego (Heb 12,14).

Zastanówmy się jeszcze przez chwilę nad pewnym bardzo znanym wersetem (Ef 2,8-10), bo może się okazać że w jakimś sensie nie patrzymy na niego właściwie. Nie wiem czy również Luter zastanawiał się dokładnie nad tym wersetem zanim doszedł do wniosku, że zbawienie mamy z Bożej łaski, a nie naszych uczynków, dla Bożej a nie naszej chwały.

Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili. (Ef 2,8-10)

Co to jednak znaczy, że z łaski przez wiarę jesteśmy zbawieni? W innym miejscu Boże Słowo mówi, że łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa (J 1,17), a to znaczy że wcześniej ich nie było. Łaską nie może być więc odpuszczenie grzechów, bo ono było już w Starym Przymierzu (chociażby przez składanie ofiar ze zwierząt). Dzięki ofierze Jezusa Chrystusa zawarte zostało Nowe Przymierze na podstawie którego nie tylko odpuszcza się grzechy, ale również obdarza wierzących Duchem Świętym wstępującym do ich wnętrz. Tego wcześniej też nie było. Duch Święty działał na ziemi, ale jakby zewnętrznie spoczywając na Bożych mężach i niewiastach lecz nie zamieszkiwał ich serca, aby móc je i nas całych zmieniać od środka. To stało się możliwej jak już wcześniej mówiłem dopiero po wywyższeniu Mesjasza. Natomiast prawdą Jezus nazywa samego Siebie oraz swoje Słowa, czyli Ewangelię (J 17,17; 2Tym 1,9-10), ale również Duch Święty nazwany jest prawdą (1J 5,6). Również sam Jezus jak i Jego Słowa, oraz Duch nazywane są życiem (J 11,25; J 6,63). To znaczy, że w praktyce Jezusa nie oddziela się od Jego Słowa, czy Jego Ducha. Spróbujmy więc przeczytać ten werset troszkę inaczej:

Albowiem dzięki Duchowi Świętemu zbawiani jesteście przez podążanie drogą krzyża, czyli przez pełne zaufanie Chrystusowi, poddanie się Jego Duchowi i pozwolenie Mu na to, aby nas przemieniał i upodabniał do Chrystusa tak jak chce. Zaufanie Chrystusowi nie jest rzeczownikiem lecz czasownikiem (to pojęcie dynamiczne), to nie coś niewidocznego co się ma lub nie, ale sposób życia zgodny z Bożym Słowem (droga krzyża) które żyje i panuje w naszych sercach (gdyż wiara bez uczynków martwa jest: Jk 2,18-26; Gal 5,6). Mówiąc inaczej: Jak długo podążamy drogą krzyża tak długo Duch Święty może w nas działać, gdyż to znaczy, że trwamy w Chrystusie żyjąc tak jak On.

Pewne nasze wątpliwości może budzić zastąpienie słowa „łaska”, słowem „Duch Święty”. W rzeczywistości w moim odczuciu nie są one tożsame lecz dar Ducha Świętego zawiera się w szerszym pojęciu Bożej łaski, czyli Bożej przychylności. Skoro jednak wraz z Chrystusem zostało nam wszystko darowane, a wszystko dostajemy przez Ducha Świętego bez którego żadne inne dary na nic by nam się nie przydały, bo nie mielibyśmy mocy aby wdrożyć je w życie, tak więc myślę że można tutaj użyć tego uproszczenia. Natomiast pełne zaufanie Chrystusowi wydaje mi się całkowicie tożsame z podążaniem drogą krzyża. Tak więc otwieramy się na przemieniającą nas moc Ducha Świętego wyłącznie w czasie duchowego zjednoczenia z Chrystusem, którego wyrazem jest podążanie drogą krzyża. Jeżeli ktoś mówi, że wierzy, a nie postępuje tak jak Chrystus to jak może trwać w nim miłość Boża?

Nie posłał mnie bowiem Chrystus, abym chrzcił, lecz abym zwiastował dobrą nowinę, i to nie w mądrości mowy, aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy. Albowiem mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą. (1Kor 1,17-18)

Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje; i my winniśmy życie oddawać za braci. Jeśli zaś ktoś posiada dobra tego świata, a widzi brata w potrzebie i zamyka przed nim serce swoje, jakże w nim może mieszkać miłość Boża? Dzieci, miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą. Po tym poznamy, żeśmy z prawdy i uspokoimy przed nim swoje serca, … (1J 3,16-19)

Tak więc mamy poddanie się Bogu, co znaczy zaufanie Chrystusowi, a to znaczy przyjęcie Jego Ducha, oraz postępowanie drogą krzyża, czyli tak jak nas Jego Duch prowadzi. Tylko On może nas uzdolnić do życia zgodnego z Bożym Słowem. Bez Niego to nie jest możliwe.

Jest jeszcze jeden temat w siódmym rozdziale Ewangelii Mateusza, a mianowicie kwestia dawania. Z jednej strony sami mamy być powściągliwi w dzieleniu się tym co mamy z niewłaściwymi osobami zwanymi tutaj psami lub świniami (Mt 7,6-7), a z drugiej sam Jezus zapewnia nas, że przecież dobrym i hojnym dawcą wszelkiego dobra jest Bóg, który z pewnością obdarzy tym co dobre tych którzy Go o to proszą. Czy jednak ludzie uważający się za wierzących zaufają Bogu na tyle, aby w spadających na siebie troskach, walkach, trudach, doświadczeniach i przeżywanych wątpliwościach dostrzec Boga? Czy będą w stanie dziękować za to właśnie uznając, że widocznie to dla nich jest dobre, czy raczej będą się gniewać bo spodziewali się czegoś innego. Czy będą w stanie powtórzyć za Jezusem cierpiącym w ogrójcu: Nie moja ale Twoja wola Ojcze niech się dzieje? Czy rozbieżności w definiowaniu dobra nie przeszkodą im w przyjęciu tego co dobre dla ich duszy podczas gdy oni być może oczekiwali na to co dobre dla ich ciała? To trudne pytania które jednak trzeba sobie zadać. Aby zatem przyjąć z wdzięcznością nieoczekiwane dary Boga trzeba zobaczyć, że od Niego one pochodzą. Tylko wówczas nasza świadomość dobroci naszego Ojca w niebie może pozwolić nam zaufać w to, że cokolwiek On nam daje będzie dla nas dobre, nawet jeżeli teraz nie widzimy w tym sensu, albo nie jest to odpowiedziom na nasze pragnienia. Kto zaś może zobaczyć Boga jak nie człowiek duchowy, który całym swym wnętrzem nastawiony jest na jedność ze swym Panem. Biblia mówi:

Ale Pan rzekł do Samuela: Nie patrz na jego wygląd i na jego wysoki wzrost; nie uważam go za godnego, albowiem Bóg nie patrzy na to, na co patrzy człowiek. Człowiek patrzy na to, co jest przed oczyma, ale Pan patrzy na serce. (1Sam 16,7)

Skoro więc Bóg nieustannie patrzy na nasze serca, to czy nasze serca również patrzą na Niego?Jeżeli nie to mamy problem, bo Chrystusa zmartwychwstałego nie można zobaczyć w żaden inny sposób. Zwróćmy uwagę na opisy omawiające objawianie się uczniom Jezusa ich Pana już po Jego zmartwychwstaniu. Nie poznała go od razu Maria kochająca Go szczerze jako Mistrza (J 20,11-18), nie poznali Go od razu uczniowie idący do Emaus chociaż serca w nich pałały gdy wykładał im Pisma (ŁK 24,15-35), nawet Piotr z Janem nie od razu Go rozpoznali (J 21,1-24). Widocznie zewnętrznie nie było to możliwe. Osoby jaką zapamiętały ich oczy już nie było, ale wewnętrznie pozostał tą samą osobą którą można było poznać jak się Go dobrze znało. Maria rozpoznała szczególny sposób zwracania się Mistrza do niej, widocznie nikt inny tak tego wówczas nie robił i jej serce od razu skojarzyło to z jej Panem. Być może gdy zajrzała do grobu Jezusa i zobaczyła dwóch aniołów siedzących u stóp i przy głowie jego szat skojarzyła Arkę Przymierza na wieku której dwaj aniołowie kłaniają się nisko twarzami do środka. Jednak decydujące było osobiste poznanie Jezusa. Uczniowie idący do Emaus poznali Jezusa po łamaniu chleba. Chociaż nie było ich wśród apostołów w czasie ostatniej wieczerzy, to z pewnością słyszeli od nich, że Pan zapowiedział swoją śmierć poprzez złamanie specjalnego chleba używanego w czasie obchodów święta Paschy, który nigdy nie był przez Żydów łamany, a teraz osobiście zobaczyli to o czym słyszeli. Wprawdzie już wcześniej gdy słuchali wyjaśnień proroctw Mesjańskich, bo Jezus wyjaśniał im co o Nim zostało napisane w Prawie i u Proroków jak mówili serca w nich pałały, to jednak coś tak osobistego jak gest łamania chleba skojarzył im jego symbolikę i otworzył oczy. Tego nie robił nikt inny. Podobnie Piotr z Janem nie poznali Jezusa gdy do nich mówił, pytał o ryby i o śniadanie, ale dopiero niezwykle obfity połów ryb przypomniał im pierwsze spotkanie z Jezusem. Podobnie jak wtedy Jezus nakazał im zarzucenie sieci po zupełnie bezowocnym połowie w nocy i nagle ich sieci były pełne, a nawet wbrew logice pomimo ogromnej ilości ryb nie porwały się (Łk 5,1-11). Wtedy Jan pierwszy poznał, że to ich Pan, chociaż wygląd na to nie wskazywał, a za nim to samo skojarzył Piotr.

Można by powiedzieć, że Jezus bazował na skojarzeniach swoich uczniów, wzajemnym poznaniu czy relacjach, albo nawet że odniósł się do tego co przechowywali w swoich sercach i o czym nie zapominali. Za pośrednictwem tego dawał im się zobaczyć w inny niż dotąd sposób. Ci którzy Go znali i kochali potrafili Go rozpoznać sercem wtedy gdy im się objawiał, ale nikt obcy nie potrafił tego uczynić. Bez osobistej więzi z Chrystusem nie rozpoznasz Go nawet jeżeli stanie przed Tobą. Jeżeli natomiast jest ci bliski, to wcześniej czy później rozpoznasz Go po czymś co robi lub jak robi, można by nawet rzec po owocach lub czymś bardzo osobistym. W taki sposób widzieli Go za życia nie tylko apostołowie (J 21,12), czy uczniowie zgromadzeni w wieczerniku (Dz 1,14), ponad 500 osób (1Kor 15,5-8). Prawda jest taka, że tylko w ten sam sposób możemy dzisiaj zobaczyć Jezusa Chrystusa poznając Go po tym co i jak mówi lub robi.

Zawsze objawienie Jezusa wiązało się z umocnieniem wiary Jego uczniów, oraz ich pewności o czymś co było zupełnie niewyobrażalne. To przecież szok patrzeć na mękę i śmierć swojego mistrza którego znało się od dość długiego czasu (ok 3,5 roku codziennego bycia z sobą) i teraz zobaczyć Go żywego, a nawet przemienionego, chociaż rozpoznawalnego nie tylko po ranach lecz jakby kontynułującego wcześniejsze nauczanie. Takie rzeczy nigdy wcześniej się nie działy dlatego umysł ludzki je odrzuca jako niemożliwe i ogromnie trudno mu je przyjąć. Dowodem właściwego zrozumienia dziejących się wydarzeń, które z trudem mieściły się w im głowie, stało się wylanie Ducha Świętego, obiecanej obietnicy Ojca, który od razu napełnił ich pieczętując swoją osobą jako nowe Ciało Chrystusa (w jakim ciele przebywa Duch Chrystusa to ciało jest Ciałem Chrystusa). On też napełnił ich swoją mocą, pokrzepił i ugruntował w wierze. Od tamtej chwili wszystko wróciło do normy, w miejsce widzialnego Jezusa w ich grupie wszedł Jego niewidzialny Duch, który jednak był dla nich tak samo realny jak widzialny Jezus wcześniej z którym pozostawali w osobistej relacji właśnie przez Ducha Świętego. On ich dalej prowadził, wyznaczał cele, powoływał do służby, objawiał prawdę, pocieszał i umacniał jak wcześniej robił to Jezus (J 14,16-19; 16,8-15). Może wierzysz w Bóstwo Jezusa Chrystusa, może gorzko płaczesz myśląc o Jego śmierci, może doświadczasz Jego błogosławieństwa w swoim życiu, a serce twoje pała gdy odkrywa przed Tobą tajniki Biblii, ale czy na pewno widzisz Go w swoim życiu jak przychodzi osobiście, jak obdarza cię różnymi dobrami, uwalnia od grzechów i wzmacnia, albo wspiera to co robisz zmieniając bardzo realnie twoją rzeczywistość dając się równocześnie coraz bardziej poznawać? To bardzo ważne pytanie: Czy właśnie w taki sposób znasz Chrystusa, czyli czy twoje serce Go widzi?

Jeżeli brak ci pewności, że tak właśnie się dzieje w twoim życiu i chciałbym w jakiś sposób przybliżyć się do Niego, to jest to możliwe jeżeli twoje serce tego pragnie choć może nie od razu poznasz, że może już to się dzieje. Popatrz na Piotra. Bardzo gorliwy uczeń, oddany i odważny, z pewnością pobożny w rozumieniu Żydowskim, ale również dość trzeźwy, ambitny, oddany, jeden z pierwszych który rozpoznał w Jezusie Mesjasza i bez względu na konsekwencje chciał przy Nim pozostać, silny, śmiały, urodzony przywódca. To tylko niektóre z jego cech. Zobaczcie jednak jaką drogą Pan go poprowadził. Widzimy w Biblii pierwsze powołanie w jego życiu kiedy to Piotr spotyka Jezusa na łodzi i zostaje przez Niego powołany, ale widzimy też drugie powołanie Piotra po zmartwychwstaniu Jezusa, można by powiedzieć do służby. Zanim jednak było to możliwe ego Piotra musiało zostać złamane, aby Bóg mógł w nim i przez niego działać. Wydaje mi się, że serce Piotra przeżyło ogromny wstrząs w czasie pojmania Jezusa o którego jeszcze wtedy chciał walczyć, a jego trzykrotne zaparcie się swego Pana i Mistrza za którego jeszcze kilka godzin wcześniej chciał oddać życie złamały go. Prawdziwe uświadomienie sobie własnej bezsilności otwiera Bogu drogę do działania. (podobnie świat wszystkich uczniów Jezusa zawalił się w chwili Jego śmierci, a ich serca pogrążyły się w smutku, załamaniu i poczuciu bezsilności). Człowiek przekonany o własnej wartości, mądrości czy pomysłowości będzie przeszkadzał Bogu forsując swoje koncepcje jak to też robił Piotr wcześniej (Mt 16,21-25; Mk 8,31-35). Przypomnijmy to sobie:

Od tej pory zaczął Jezus Chrystus tłumaczyć uczniom swoim, że musi pójść do Jerozolimy, wiele wycierpieć od starszych arcykapłanów i uczonych w Piśmie, że musi być zabity i trzeciego dnia wzbudzony z martwych. A Piotr, wziąwszy go na stronę, począł go upominać, mówiąc: Miej litość nad sobą, Panie! Nie przyjdzie to na ciebie. A On, obróciwszy się, rzekł Piotrowi: Idź precz ode mnie, szatanie! Jesteś mi zgorszeniem, bo nie myślisz o tym, co Boskie, lecz o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do uczniów swoich: Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną. Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je. (Mt 16,21-25)

Cielesny człowiek, nie złamany dla Boga wciąż pozostaje dla Niego zawadą. Wciąż myśli o swojej korzyści (Piotr prawdopodobnie oczekiwał tak jak inni Jego uczniowie, że Jezus wkrótce zostanie królem Izraela i pokona jego wrogów, a on będzie Jego prawą ręką. To nie było całkiem bezpodstawne myślenie i miało nawet swoje umocowanie w części proroctw mesjańskich, ale było jak belka w jego oku która nie pozwalała mu zobaczyć i przyjąć oczywistego nauczania Jezusa idącego w zupełnie innym kierunku). Tak też dzieje się i dzisiaj. Wielu cieleśnie wierzących braci nie jest w jedności duchowej ze swym Panem, a nauka krzyża jest im niemiła. Wolą rozmyślać o chwale w niebie, błogosławieństwie doczesnym, czy jeszcze czymś innym nie widząc, że pomijają to co najważniejsze. Zobaczmy przemianę Piotra i to jak przez złamane serce tego człowieka mógł wydostać się na jego zewnętrze Duch Święty który w nim zamieszkał, jak woda z pękniętej skały pod laską Mojżesza. To nie był mały strumyczek lecz ogromna fala mogąca zaspokoić pragnienie tysięcy ludzi. Czy nie pamiętamy, że w śmierć Chrystusa jesteśmy zanurzani, abyśmy też razem z Nim żyć mogli? Gdy tego nie przyjmiemy sami możemy zostać nie przyjęci i usłyszeć to co Piotr usłyszał od swojego Pana i to bezpośrednio po pochwale jaką dostał parę chwil wcześniej.

Nie traktujmy więc początku naszej drogi za Jezusem (pierwsze spotkanie, pójście za Nim, odwrócenie się od światowego sposobu życia) jako koniec drogi krzyża. Gwarantem naszej śmierci (jak Jezusa) jest wylanie się z nas Ducha Świętego. W przeciwnym razie jesteśmy wciąż w drodze do osiągnięcia, czy otwarcia się na pełnię działania w nas Ducha Świętego. Wcześniej (czyli w czasie cielesnego uczniostwa) też Go doświadczamy, jak Piotr, czy Izraelici na pustyni idący do Ziemi Obiecanej, ale zanim obejmie w nas panowanie musi nas złamać jak apostołów. Czy jesteśmy tego świadomi i godzimy się na to oddając Mu się w posiadanie w nadziei życia duchowego mającego przyjść później? Bóg nie wydał dobrego świadectwa o Izraelu chodzącym po pustyni (Heb 3,17-19; Dz 7,41-43) którego w końcu zmienił i wprowadził do swej obietnicy. Wcześniej nie było to możliwe ze względu na upór ich serc, oraz niechęć do prawdziwego oddawania czci Bogu. Wiele musi się wydarzyć w życiu człowieka zanim jego serce zostanie złamane i szczerze w pełni dobrowolnie podda się Bogu. To wcale nie jest taki prosty i bezbolesny proces, wręcz przeciwnie boli jak przy porodzie. A swoją drogą to trudno powiedzieć dlaczego kobiety godzą się na ciążę i rodzenie dzieci, być może dlatego że wierzą w szczęśliwe zakończenie tego procesu, którego raczej nie da się obejść, a zależy im na potomstwie. Jeżeli nam również zależy na potomstwie duchowym które możemy nosić w sobie to nie wystarczy dobrze zacząć, ale jeszcze trzeba dobrze skończyć (chociaż końcówka tej drogi wydaje się najtrudniejsza). Gdy jednak prawdziwie narodzi się nowy duchowy człowiek już się nie żałuje bólu przez który się przechodziło tylko cieszy się z tego faktu i troszczy o jego zdrowie, dalszy wzrost i dojrzewanie.

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy płakać i narzekać będziecie, a świat się będzie weselił; wy smutni będziecie, ale smutek wasz w radość się zamieni. Kobieta, gdy rodzi, smuci się, bo nadeszła jej godzina; lecz gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta o udręce gwoli radości, że się człowiek na świat urodził. I wy teraz się smucicie, lecz znowu ujrzę was, i będzie się radowało serce wasze, a nikt nie odbierze wam radości waszej. A w owym dniu o nic mnie pytać nie będziecie. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca w imieniu moim, da wam. Dotąd o nic nie prosiliście w imieniu moim; proście, a weźmiecie, aby radość wasza była zupełna. (J 16, 20-24)

Odpowiadając Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego. Rzekł mu Nikodem: Jakże się może człowiek narodzić, gdy jest stary? Czyż może powtórnie wejść do łona matki swojej i urodzić się? Odpowiedział Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego. Co się narodziło z ciała, ciałem jest, a co się narodziło z Ducha, duchem jest. (J 3,3-6)

Ale nie jest tak, jakoby miało zawieść Słowo Boże. Albowiem nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem; i nie wszyscy są dziećmi, dlatego że są potomstwem Abrahamowym, lecz jest tak: Od Izaaka zwać się będzie potomstwo twoje. To znaczy, że nie dzieci cielesne są dziećmi Bożymi, lecz dzieci obietnicy liczą się za potomstwo. (Rz 9,6-8)

Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli. Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego, którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga. (J 1,11-13)

Pozostaje zatem pytanie jak powinniśmy się patrzeć na ten przejściowy okres (pomiędzy pierwszym a drugim powołaniem Piotra lub pomiędzy wyjściem z Egiptu a wejściem do ziemi obiecanej, albo pomiędzy poczęciem a narodzeniem dziecka) który niestety większość z nas w ogóle nie bierze pod uwagę sądząc, że wejście do Bożej rodziny jest natychmiastowe. Czy mamy ku temu jakieś podstawy i czy można je jakoś zweryfikować? Myślę, że na oba pytania możemy odpowiedzieć twierdząco. Zaraz postaram się to wyjaśnić. Jedną z głównych podstaw takiego myślenia jest niewłaściwe rozumienie słowa nawrócenie (metanoia). Znaczy ono dosłownie zmianę sposobu myślenia i jest utożsamiane z nawróceniem człowieka no i niestety również narodzeniem się na nowo (te terminy zwykle używane są zamiennie). Biblia jednak uczy na że to nie jest to samo. Nawrócenie się możemy porównać z uwolnieniem nas spod władzy diabła i odwrócenie się od grzechu do Jezusa co możemy sobie porównać do pierwszego powołania Piotra, albo wyjścia Izraela z Egiptu, tudzież poczęcia życia. To jednak właściwe narodziny duchowe miałyby miejsce w miejscu drugiego powołania Piotra, wejścia Izraela do ziemi obiecanej, czy porodu dziecka. Pomiędzy wydaje się być okres kształtowania się duchowego człowieka (początek życia liczy się od poczęcia dziecka, ale jeżeli dziecko nie zostanie urodzone to zginie). Czy Piotr stał się uczniem Jezusa od czasu pierwszego powołania? No tak. A czy Izrael wszedł pod panowanie Boga po wyjściu z Egiptu? Również tak. Zatem w obu przypadkach rozpoczął się w nich proces życiodajny, wejście pod panowanie Boga, to również znaczy w skład Jego Królestwa co równocześnie znaczy że rozpoczął się proces ich kształtowania. Piotr poznawał Boga przy Jezusie, a Izrael przy Mojżeszu (który jest starotestamentowym typem Jezusa, Dz 3,22-23). Proces zmiany sposobu myślenia na pewno ruszył, a wraz z nim zmiana sposobu życia. Czy jednak na pewno ruszyła przemiana serca ludzkiego, to już nie jest takie oczywiste. Wydaje się raczej, że dokonujące się zmiany wynikały z wpływu zewnętrznego, w przypadku Piotra z bliskości Jezusa, oraz niezwykłych okoliczności, cudów i znaków, itd., a w przypadku Izraela z powodu Mojżesza, nadania prawa, zbudowanie przybytku, okoliczności zewnętrznych, oglądania cudów i znaków, itd. W obu przypadkach wszelkie zmiany należałoby przypisać działaniu Boga, który przecież był bardzo blisko nich. Biblia proces wewnętrznej przemiany nazywa uświęcaniem (czyli metamorfozą, to proces przepoczwarzania się gąsienicy w motyla). To zaś wydaje mi się możliwe dopiero po przyjęciu Ducha Świętego do swojego wnętrza. Wcześniej zanim dojdzie do tego momentu gąsienica musi się odpowiednio utuczyć i urosnąć. We wszystkich trzech przypadkach z pewnością dochodzi do przemiany (Piotra, Izraela i gąsienicy) ale to chyba jest tylko obraz okresu porównawczego, a właściwa wewnętrzna przemiana następuje w nas dopiero po narodzeniu się na nowo, czyli prawdziwym duchowym zjednoczeniu z Chrystusem, obumarciu dla siebie, złamaniu swego ego, wszczepieniu w Chrystusa, itd… Zastanówcie się proszę nad tymi obrazami, oraz miejscem w którym można powiedzieć, że ktoś w pełni należy do Chrystusa, bo wydaje się że można doświadczać Jego obecności i wsparcia, a mimo wszystko wciąż nie być Jego własnością.

Mylące choć jak najbardziej właściwe jest używanie czasu przeszłego w odniesieniu do wyrwania nas z mocy ciemności i przeniesienia do królestwa światłości wydaje się bowiem jakbyśmy tak ekspresowo dostali wszystko co możemy dostać, a samo przeniesienie trwało chwilę. To samo można by powiedzieć o Izraelu, że Bóg ich wyrwał z mocy faraona (ciemności i grzechu) i przeniósł do królestwa Jezusa (światła i świętości). To jednak jak wiemy nie działo się w mgnieniu oka, a i w przypadku nawracania się Paweł zwracając się do wierzących mówi o tym, że modli się aby doszli do pełnego poznania woli Boga, we wszelkiej mądrości i duchowym zrozumieniu, ku zupełnemu Jego upodobaniu, wydając owoc w każdym dobrym uczynku i wzrastając w poznawaniu Boga itd… To dość dynamiczny obraz, tu wciąż wszystko idzie do przodu. Podobnych fragmentów mówiących o potrzebie dalszego wzrostu i wszelkiego rozwoju jest bardzo dużo. To nie jest tak, że nawracając się mamy zbawienie, a reszta już nas może nie interesować. To nie jest kategoria robienia zakupów w sklepie i dokładania do koszyka coraz to mniej przydatnych lub wartościowych rzeczy, ale proces którego zerwanie skutkuje utratą wszystkiego.

dziękując Ojcu, który was zdolnymi uczynił do uczestniczenia w dziedzictwie świętych w światłości, który nas wyrwał z mocy ciemności i przeniósł do Królestwa Syna swego umiłowanego, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów. (Kol 1,12-14)

Dlatego i my od tego dnia, kiedy to usłyszeliśmy, nie przestajemy się za was modlić i prosić, abyście doszli do pełnego poznania woli jego we wszelkiej mądrości i duchowym zrozumieniu, abyście postępowali w sposób godny Pana ku zupełnemu jego upodobaniu, wydając owoc w każdym dobrym uczynku i wzrastając w poznawaniu Boga, utwierdzeni wszelką mocą według potęgi chwały jego ku wszelkiej cierpliwości i wytrwałości, z radością (Kol 1,9-11)

Być może można by tutaj jeszcze dołożyć obraz dziewczyny Izraelskiej która została przeznaczona komuś i już obowiązuje ją wierność swemu oblubieńcowi, chociaż jeszcze z nim nie mieszka i oficjalnie nie było jeszcze zaślubin. Mamy tutaj obraz jakby częściowej przynależności, która niestety w przypadku niewierności zostaje zerwana i nie dochodzi do zaślubin. Wydaje się również, że i my wierzący otrzymujemy w jakimś sensie zadatek Ducha Świętego (działał On potężnie w Izraelu idącym przez pustynię, dany był również apostołom przed wylaniem Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy, Mk 7,13; J 20,22; J 16,4-7). Można powiedzieć że Jezus jakby udzielał im ze swego Ducha który spoczywał na nich, ale nie był w nich, albo nawet że Jezus wchodzi w dzieło Ojca, a Duch Święty w dzieło Jezusa. Ojciec nie przekazuje dzieła Synowi, a Syn Duchowi lecz po kolei wchodzą w dzieło jakby swoich poprzedników i działają razem. (Chociaż i wcześniej działali razem tylko w różnych okresach różne osoby wysuwały się na pierwszy plan. Trudno tu dokładnie rozdzielić ich wpływ, bo dzieło zbawienia jest ich wspólnym dziełem i zawsze pojawia się Bóg, Jego Słowo i Jego Duch). W taki sposób kształtował ich życie, chociaż jakby od zewnątrz, ale Jego Słowo kształtowało ich od wewnątrz. Tak też nawracająca się do Jezusa osoba była wspierana mocą przyjmowanego przez wiarę Słowa Bożego, które samo w sobie jest duchowe (J 6,63) a dopiero później otrzymała zadatek i pieczęć Ducha Świętego do swego serca. Myślę, że tak się też dzieje dzisiaj. Duch Święty wspiera każdego kto przyjmuje Boże Słowo do swojego serca, ale sam wchodzi do niego stając się pieczęcią jego przynależności do Chrystusa dopiero gdy człowiek odda się Jezusowi jako swojemu Panu, wybierze dobrowolne niewolnictwo. Wtedy zostaje opieczętowany jako własność swego Pana. Znowu widzimy, że jest też tutaj pomiędzy przyjęciem Dobrej Nowiny (wyjście z Egiptu), a dojściem do pełnego poddania się Bogu (Ziemi Obiecanej) pewien czasu i miejsce na dojście do pragnienia całkowitego oddania się Bogu (pustynia).

Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są , co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca. Odtąd wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. (J 6,63-66)

Wy jesteście już czyści dla słowa, które wam głosiłem; trwajcie we mnie, a Ja w was. Jak latorośl sama z siebie nie może wydawać owocu, jeśli nie trwa w krzewie winnym, tak i wy, jeśli we mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy jesteście latoroślami. Kto trwa we mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze mnie nic uczynić nie możecie. Kto nie trwa we mnie, ten zostaje wyrzucony precz jak zeschnięta latorośl; takie zbierają i wrzucają w ogień, gdzie spłoną. Jeśli we mnie trwać będziecie i słowa moje w was trwać będą, proście o cokolwiek byście chcieli, stanie się wam. Przez to uwielbiony będzie Ojciec mój, jeśli obfity owoc wydacie i staniecie się moimi uczniami. (J 15,3-8)

W tym czasie Duch Święty zstępuje na człowieka i jak to zostało powiedziane Marii, moc najwyższego osłania go, aby nowy wewnętrzny człowiek mógł się w nim ukształtować (Łk 1,35). Maria przyjęła dobrą nowinę od posłańca Bożego, ale do narodzin Jezusa trzeba było poczekać trochę czasu (okres ciąży). Odnoszę wrażenie, że z każdym z nas było podobnie. Od chwili usłyszenia Dobrej Nowiny do jakby uznania, czy oddania się Chrystusowi mija pewien czas, aż Boże Słowo zacznie w nim pracować i zacznie kształtować w nim nowe postawy i pragnienia zmieniając jego dotychczasowe priorytety. Proces ten może się zakończyć dobrze lub może dojść do odrzucenia Bożego Słowa przez człowieka, który nie chce Mu się poddać. Odrzucenie Bożej woli może nastąpić również później, w dowolnym miejscu aż do śmierci. Będzie to wówczas akt buntu względem Boga i tragiczna w skutkach obrona własnej niezależności.

I odpowiadając anioł, rzekł jej: Duch Święty zstąpi na ciebie i moc Najwyższego zacieni cię. Dlatego też to, co się narodzi, będzie święte i będzie nazwane Synem Bożym. (Łk 1,35)

Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego, którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga. (J 1,12-13)

Jest bowiem rzeczą niemożliwą, żeby tych – którzy raz zostali oświeceni i zakosztowali daru niebiańskiego, i stali się uczestnikami Ducha Świętego, i zakosztowali Słowa Bożego, że jest dobre oraz cudownych mocy wieku przyszłego – gdy odpadli, powtórnie odnowić i przywieść do pokuty, ponieważ oni sami ponownie krzyżują Syna Bożego i wystawiają go na urągowisko. (Heb 6,4-6)

Czy zatem można wyciągnąć z tego wniosek, że zarówno Judasz, Demas, czy np. Diotrefez odpadli od wiary? Jeden z nich zdradził Jezusa i powiesił się, drugi umiłował świat i odszedł od Pawła chociaż był jednym z jego najbliższych współpracowników, a trzeci był starszym gminy chrześcijańskiej który sprzeciwiał się naukom Jana zabraniając wspierania wędrownych braci ewangelistów i krytykując Jana. Wszyscy trzej w jakimś okresie swego życia mogli być uważani za mężów Bożych ze względu na zajmowane przez nich miejsce w środowisku wierzących. (Być może Demas lub Diotrefez nawrócili się później i wrócili na drogę prawdy, ale Biblia nic nam o tym nie mówi.) To samo można nawet powiedzieć o bogatym młodzieńcu który z pewnością był bardzo religijnym człowiekiem skoro przestrzegał całego prawa Mojżeszowego od młodości, chociaż tak naprawdę nawet nie wszedł na drogę wiary, albo o wielu wcześniejszych uczniach Jezusa którzy odstąpili od Niego gdy zaczął mówić o tym, że da ludziom swoje ciało do spożycia (J 6,66). Paweł zaś mówi o sobie, że biegu dokończył i wiary ustrzegł, a teraz opuszczając ten świat spodziewa się nagrody. Tak więc można by chyba powiedzieć, że wielu ludzi wyrusza w drogę wiary, rozpoczyna bój, czy bieg, którego jednak wielu nie kończy, więc nie powinno mieć znaczenia jak daleko doszli. To bardzo dynamiczny obraz drogi chrześcijańskiej uogólniony do wszystkich prawdziwie wierzących ludzi. Może to niektórych ludzi dziwić, ale również Izrael wchodzący do Ziemi Obiecanej musiał sobie wywalczyć to, co już dawno było mu obiecane.

Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem; a teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan, sędzia sprawiedliwy, a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali przyjście Jego. (2Tym 4,7-8)

Czy nie wiecie, że zawodnicy na stadionie wszyscy biegną, a tylko jeden zdobywa nagrodę? Tak biegnijcie, abyście nagrodę zdobyli. A każdy zawodnik od wszystkiego się wstrzymuje, tamci wprawdzie, aby znikomy zdobyć wieniec, my zaś nieznikomy. Ja tedy tak biegnę, nie jakby na oślep, tak walczę na pięści, nie jakbym w próżnię uderzał; ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, bym przypadkiem, będąc zwiastunem dla innych, sam nie był odrzucony. (1Kor 9,24-27)

Innym obrazem który robi na mnie spore wrażenie jest Przybytek który Bóg nakazał zbudować Mojżeszowi dokładnie według wzoru jaki został mu pokazany z góry. Biblia poświęca temu przybytkowi sporo miejsca więc nie jest to nieistotny szczegół, a wszystko w nim ma swoją symbolikę i można to przełożyć na grunt chrześcijański. Chciałbym zaproponować popatrzenie się na drogę jaką miał pobożny Izraelita do przejścia idąc do Domu Bożego (wtedy był to namiot). Bardzo ciekawe jest to, że teren Boga był oddzielony od reszty obozu, bo Bóg chciał pokazać że to co święte ma być oddzielone od tego co pospolite. Wejście do Przybytku było tylko jedno, szeroka brama (symbolizująca Chrystusa). Po wejściu na dziedziniec mijamy ołtarz całopaleń (symbol ofiary Jezusa na krzyżu), oraz kadzielnicę do obmyć dla kapłanów (oczyszczenie człowieka dokonuje się przez wiarę w odkupieńczą ofiarę Jezusa, czyli Ewangelię, J 15,3-5; J 13,8-11). Wniosek z tego płynie taki, że Jezus oczyszcza tych ludzi, którzy przyjmą Jego Słowo do swoich serc, czyli zaufają Mu, uwierzą. Dopiero dalej mamy w naszym obrazie wąską bramę będącą wejściem do Przybytku. Ona chociaż jest wąska jest również wysoka i ma taką samą powierzchnię jak ta szeroka i również symbolizuje Chrystusa). Wejście przez nią symbolizuje wejście w skład świątyni Boga żywego i napełnienie Duchem Świętym, 1Kor 3,16). Tak więc wejście nie tylko przez szeroką bramę prowadziło do Boga, ale wejście przez szeroką, a później również ciasną bramę. Czy to nam się z czymś nie kojarzy (Mt 7,13-14)? Widzimy, że w tym przykładzie przejście przez szeroką bramę nie wystarczy, aby wejść do Przybytku Boga będącego pierwszą świątynią w Izraelu. Do tego jak sądzę nawiązuje Jezus w czasie swojego kazania na górze. A już na marginesie możemy dodać, że Przybytek również miał dwie części i wciąż jest pewna możliwość nieustannego zbliżania się do Boga, bo przecież Jezus otwarł wejście do miejsca najświętszego, a Boga nigdy nam się nie uda poznać do końca (Heb 10,19-21).

Jeszcze innym po części podobnym przykładem jest potomstwo Abrahama (Izmael i Izaak). Wiemy, że miał on dwóch synów: jednego tylko z ciała, a drugiego zarówno z ciała jak i dzięki Bożej obietnicy. Jednak dziedzicem Abrahama, ojca wiary, jest tylko ten drugi. Zdaję sprawę, że Paweł przedstawiał w poniższym fragmencie synostwo z ciała rozumiane jedynie jako przestrzeganie praw i zasad oraz przynależność fizyczna do narodu Izraelskiego, oraz synostwo duchowe które w pewnym sensie zawiera w sobie synostwo cielesne lecz odnosi się do ludzi wierzących. Tak więc cieleśnie wielu ludzi czci Boga uważając się za Jego dzieci (poprzez zachowywanie jakichś praw i zasad, obrzędów, czy ofiar, czcząc Go pieśnią, tańcem, czy marszami, albo jeszcze w jakikolwiek inny sposób), ale prawdziwymi dziećmi są tylko dzieci obietnicy, duchowe potomstwo Jezusa, ci którzy narodzili się na nowo i oddają Bogu cześć w duchu i prawdzie (J 4,23-24). W myśl tego obrazu cieleśni wierzący nie powinni spodziewać się jakiejkolwiek zapłaty, czy nagrody. Dziedzictwo należy wyłącznie do potomstwa duchowego (prawdziwie narodzonych na nowo). Nie każdy bowiem kto powołuje się na Jezusa (jak faryzeusze powoływali się na Abrahama) trwa w Nim (jak faryzeusze nie trwali w uczynkach Abrahama), nawet jeżeli ewidentnie jego sposób myślenia świadczy o przemianie myślenia, czyli innej od światowej świadomości.

Powiedzcie mi wy, którzy chcecie być pod zakonem, czy nie słyszycie, co zakon mówi? Napisane jest bowiem, że Abraham miał dwóch synów, jednego z niewolnicy, a drugiego z wolnej. Lecz ten, który był z niewolnicy, według ciała się urodził, ten zaś, który był z wolnej, na podstawie obietnicy. A to jest powiedziane obrazowo: oznaczają one dwa przymierza, jedno z góry Synaj, które rodzi w niewolę, a jest nim Hagar. Hagar jest to góra Synaj w Arabii; odpowiada ona teraźniejszemu Jeruzalem, gdyż jest w niewoli razem z dziećmi swymi. Jeruzalem zaś, które jest w górze, jest wolne i ono jest matką naszą. Jest bowiem napisane: Raduj się, niepłodna, która nie rodzisz, wydaj okrzyk radości i wesel się głośno, ty, która nie znasz bólów porodowych, bo więcej dzieci ma opuszczona niż ta, która ma męża. Wy zaś, bracia, podobnie jak Izaak, dziećmi obietnicy jesteście. Lecz jak ongiś ten, który się według ciała narodził, prześladował urodzonego według Ducha, tak i teraz. Lecz co mówi Pismo? Wypędź niewolnicę i syna jej; nie będzie bowiem dziedziczył syn niewolnicy z synem wolnej. Przeto, bracia, nie jesteśmy dziećmi niewolnicy, lecz wolnej! (Gal 4,21-31)

Nie chciałbym jakoś szczególnie rozwijać tej myśli, ale również Izaak miał dwóch synów: Jakuba i Ezawa. Tutaj ponownie fakt bycia dzieckiem Izaaka nie jest wystarczający do bycia dziedzicem. Tylko jeden z nich mógł być dziedzicem. Ezaw któremu to prawo przysługiwało z tytułu urodzenia sprzedał je, bo mu na nim nie zależało i zrobił to bez świadków, ale Bóg to widział. Ezaw stracił to co sobie zbyt lekko traktował i nie mógł tego odzyskać. Obaj są synami, ale tylko jeden jest dziedzicem. Można więc utracić swoje dziedzictwo wskutek własnego postępowania.

Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana, bacząc, żeby nikt nie pozostał z dala od łaski Bożej, żeby jakiś gorzki korzeń rosnący w górę, nie wyrządził szkody i żeby przezeń nie pokalało się wielu, żeby nikt nie był rozpustny lub lekkomyślny jak Ezaw, który za jedną potrawę sprzedał pierworodztwo swoje. A wiecie, że potem, gdy chciał otrzymać błogosławieństwo, został odrzucony, nie uzyskał bowiem zmiany swego położenia, chociaż o nią ze łzami zabiegał. (Heb 12,14-17)

Wszystkie podawane przykłady wymieniałem z myślą odniesienia ich do pojęcia cielesnego chrześcijaństwa, czyli ludzi w jakimś sensie naznaczonych pieczęcią Ducha Świętego i będącymi pod panowaniem Chrystusa, ale żyjącymi według własnego pomysłu, czyli w sposób cielesny. Oni to oddają cześć Bogu, ale nie tak jak Jemu się podoba, o czym wielokrotnie sam mówi. Nie można dwom panom służyć, nie można dwóch mężczyzn kochać i do obu należeć, nie można spodziewać się nagrody duchowej żyjąc w sposób cielesny. Trzeba wybierać. On nie ma zamiaru się nami dzielić, a nawet zazdrośnie pożąda ducha którego w nas utwierdził. Kto Go pokocha, kto podda się Jego prowadzeniu i będzie walczył o wytrwanie w Nim zostanie przez Niego uświęcony i w pełni Mu zaufa tak aby móc umrzeć dla siebie i żyć dla Chrystusa. Wszyscy ludzie nawróceni uważają się za dzieci Boga, ale nie wszyscy z nich są dziećmi obietnicy, czyli naprawdę narodzili się z Ducha Świętego. Pomyślmy o potrzebie uświęcenia, Izraelu na pustyni, Piotrze i innych apostołach którzy zostali złamani, Abrahamowym dziedzictwie duchowym, potrzebie walczenia o swoje dziedzictwo, prawie wyłączności dla małżonka, czy budowie Przybytku Bożego.

Albo czy sądzicie, że na próżno Pismo mówi: Zazdrośnie chce On mieć tylko dla siebie ducha, któremu dał w nas mieszkanie? Owszem, większą jeszcze okazuje łaskę, gdyż mówi: Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym łaskę daje. Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie o rozdwojonej duszy. Biadajcie i smućcie się, i płaczcie; śmiech wasz niech się w żałość obróci, a radość w przygnębienie. Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was. (Jk 4,5-10)

Nie porzucajcie więc ufności waszej, która ma wielką zapłatę. Albowiem wytrwałości wam potrzeba, abyście, gdy wypełnicie wolę Bożą, dostąpili tego, co obiecał. Bo jeszcze tylko mała chwila, a przyjdzie Ten, który ma przyjść, i nie będzie zwlekał; a sprawiedliwy mój z wiary żyć będzie; lecz jeśli się cofnie, nie będzie dusza moja miała w nim upodobania. Lecz my nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę. (Heb 10,35-39)

Pomyślmy zatem poważnie jak powinniśmy iść drogą krzyża aż do naszej śmierci lub ponownego przyjścia Pana tak abyśmy mogli powtórzyć za Pawłem: … bieg ukończyłem i wiary ustrzegłem. Tylko Duch Święty ofiarowany nam na podstawie ofiary Jezusa Chrystusa na krzyżu może nas uzdolnić do tego dzieła. Nie stawiajmy więc Mu oporu, ale dołóżmy starań abyśmy całkowicie do Niego przylgnęli i w pełni Mu zaufali, oraz zawsze przy Nim trwali (wierność na 90% nie jest żadną wiernością, podobnie jak posłuszeństwo, czy zaufanie na 90%). To chwiejność, podzielone serce i podążanie dwiema drogami lub oddawanie czci Bogu i innym bożkom równocześnie, nawet sobie (Dz 7,41-46). Zawsze jest jakiś okres przejściowy pomiędzy życiem w grzechu, a życiem dla Chrystusa. Ludzie nawracają się w kościele katolickim, u świadków Jehowy, czy w innych grupach religijnych chcąc iść za Bożym Słowem, odrzucają swoje grzechy, zdobywają wiedzę, zmieniają swój sposób myślenia i życie. Ich też Ojciec prowadzi do Chrystusa, aby mogli poznać prawdę i być zbawieni. Zanim jednak ludzkie serce komukolwiek zaufa, a tym bardziej odda się to trochę trwa. Słowo Boże prowadzi ich jak Izraelitów po pustyni (wyjdźcie stąd i idźcie do ziemi którą Ja wam wskażę). Podobnie ze swej ziemi wychodził Abraham, czy wcześniej Noe wchodząc do arki. (Abraham też trochę wędrował zanim zobaczył swoje dziedzictwo, podobnie budowa arki trochę trwała). Przestróg przed cielesnym chrześcijaństwem mamy w Biblii sporo, chciejmy je jednak zobaczyć i właściwie zrozumieć bo to nie tylko problem naszych czasów, chociaż w naszych czasach przybrał on niewyobrażalne rozmiary (1Kor 3,1-3; Rz 7,5-6; Jud 19). Cieleśni chrześcijanie już nie mówią jak świat, ani też zwykle tak samo nie postępują, ale to jeszcze nie chrześcijanie. To coś pomiędzy. Ich serca wciąż są jeszcze w świecie, chociaż ciała już pielgrzymują, ale z żalem. Nadszedł czas abyśmy pozwolili się przemieniać, a nie tylko coś robili dla Boga, bo wbrew pozorom On tego nie potrzebuje tylko my. Zmiana perspektywy przyjdzie po jakimś czasie wraz ze zmianą serca człowieka, jeżeli to nie nastąpi to będzie myślał i patrzył na życie jak dawniej. Wielu wierzących woli pozostać na pustyni ciesząc się zbawieniem niż iść dalej. A tutaj chodzi o to, aby bieg ukończyć, a nie zatrzymywać się gdzieś w połowie drogi, czy to przed czy to po rzeczywistym całkowitym i dobrowolnym oddaniu się w niewolę Chrystusowi.

Dlatego mój lud pójdzie w niewolę, bo nic nie rozumie, jego szlachetni umrą z głodu, a jego pospólstwo uschnie z pragnienia. Dlatego piekło rozwarło swoją gardziel i nad miarę rozdziawiło swoją paszczę, i wpadnie w nie jego przepych i zgiełkliwe pospólstwo, i ci, którzy się w nim weselą. Wtedy ukorzy się człowiek i uniży się mąż, a oczy dumnych będą spuszczone. Lecz Pan Zastępów będzie wywyższony przez sąd, a Święty Bóg okaże się świętym przez sprawiedliwość. (Iz 5,13-16)

Gdy mówić będą: Pokój i bezpieczeństwo, wtedy przyjdzie na nich nagła zagłada, jak bóle na kobietę brzemienną, i nie umkną. Wy zaś, bracia, nie jesteście w ciemności, aby was dzień ten jak złodziej zaskoczył. Wy wszyscy bowiem synami światłości jesteście i synami dnia. Nie należymy do nocy ani do ciemności. Przeto nie śpijmy jak inni, lecz czuwajmy i bądźmy trzeźwi. (1Tes 5,3-6)

Ostatnim pytanie jakie mi się nasuwa jest takie: Skoro nasze życie jest pewnego rodzaju drogą i to w podwójnym tego słowa znaczeniu, bo po pierwsze poruszamy się na osi czasu, który płynie jak rzeka i nie mamy na niego wpływu. Niezależnie od tego czy coś robimy, czy nie nasze życie na tej ziemi nieustannie się skraca. To pewne. Nie wiadomo tylko kiedy nastąpi jego koniec, ale to również jest pewne, że wcześniej czy później to się stanie. Wydaje mi się, że możemy poprzez własną głupotę, ignorancię, lekkomyślność czy niedbałość skrócić ten czas, ale wydłużyć go nie możemy. To może tylko Bóg (np. w przypadku Ezechiasza 2Krl 20,15). Dojrzewamy fizycznie, zdobywamy wykształcenie, pracę, robimy kariery, żenimy się lub wychodzimy za mąż, mamy dzieci. Potem trzeba się nimi zająć itd. … W tym czasie zwykle też rośnie nasz status społeczny i majątkowy, zdobywamy wiedzę praktyczną, ale najczęściej nie idzie to w parze z naszym wzrostem duchowym. To druga droga na której każdy z nas jest oceniany. (Można by to chyba przedstawić na zwykłym wykresie matematycznym dwóch zmiennych). Droga duchowego wzrostu jest drogą mądrości, czyli umiejętności zbliżania się do Boga i otwierania się, czy uleganie wpływowi Bożego Ducha. W księgach mądrościowych przyjęcie tego pouczenia Bożego nazywane jest mądrością. Pod tym zwrotem można ukryć zarówno słowo mądrości jak też ducha mądrości (Prz 1,7-15,33; Ba 4,1; Mich 6,9; Iz 11,1-5). Ja chciałbym tylko zasugerować, że mądrość nabywa się stopniowo więc możemy mówić o pewnego rodzaju drodze do mądrości, czy wiary. Wejściu na drogę mądrości lub wiary, podążaniu nią lub odstąpieniu od niej. Aby stać się mądrym nawet w rozumieniu ludzkim potrzeba trochę czasu. O czym zarówno w Biblii jak i pismach apokryficznych, oraz innej literaturze znajdziemy dość sporo. Mądrość zawsze była obiektem pożądania ludzi, ale zdobywali ją tylko nieliczni. Z chrześcijaństwem jest podobnie, nie wszystko od razu dostajemy lecz stopniowo musimy zdobywać to co jest dla nas możliwe do zdobycia.

Uczę cię drogi mądrości, wiodę cię torami prawości. Gdy pójdziesz, twój krok nie będzie skrępowany, a gdy biec będziesz, nie potkniesz się. Trzymaj się karności, nie ustawaj; zachowuj ją, gdyż ona jest twoim życiem! Na drogę bezbożnych nie wchodź i nie krocz drogą złych ludzi! (Prz 4,11-14)

Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości – życie nieskalane. (Mdr 4,8, księga apokryficzna)

Chodzi więc o to, aby w ramach otrzymanego czasu pobytu na tej ziemi jak najlepiej go wykorzystać do wzrostu w prawdziwej mądrości, czy w Chrystusie. Jak określić gdzie kto znajduje się na wskazanej drodze? To bardzo trudne zadanie lecz wykonalne dla drugiej mądrej, czyli duchowej osoby. Ona potrafi powiedzieć również, czy ktoś idzie tą samą drogą, albo czy ją przewyższa, czy jeszcze nie odnosząc swoje obserwacje do własnych doświadczeń. Tylko duchowa osoba potrafi rozpoznać drugą duchową osobę i w razie potrzeby rozpoznać jej obdarowanie. Co też dzieje się przy wsparciu Ducha Świętego z którym ludzie cieleśni często nie mają jedności. Dlatego jak sądzę Biblia zabrania dokonywania każdemu takich ocen. Jako człowiek zmysłowy nie jesteś w stanie właściwie ocenić to co widzisz i rozpoznać Bożą wolę (Mt 7,1-5).

Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Czy stoi, czy pada, do pana swego należy; ostoi się jednak, bo Pan ma moc podtrzymać go. (Rz 14,4)

Przeto nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga. (1Kor 4,5)

Wszakże fundament Boży stoi niewzruszony, a ma taką pieczęć na sobie: Zna Pan tych, którzy są jego, i: Niech odstąpi od niesprawiedliwości każdy, kto wzywa imienia Pańskiego. (2Tym 2,19)

Ale człowiek zmysłowy nie przyjmuje tych rzeczy, które są z Ducha Bożego, bo są dlań głupstwem, i nie może ich poznać, gdyż należy je duchowo rozsądzać. Człowiek zaś duchowy rozsądza wszystko, sam zaś nie podlega niczyjemu osądowi. Bo któż poznał myśl Pana? Któż może go pouczać? Ale my jesteśmy myśli Chrystusowej. (1Kor 2,14-16)

Nie może więc zatwardziały grzesznik chlubić się przynależnością do Chrystusa, ani ten kto głosi odstępstwo od Jego Słowa, bo jest to odstępstwem od posłuszeństwa Bogu. Uznajmy więc, że jesteśmy pielgrzymami na tej ziemi (Heb 11,13) i naszym zadaniem jest nieustanie iść do domu swego Ojca w niebie, nie zatrzymywać się, nie wracać, ani nie zbaczać na prawo lub lewo z drogi życia. Początkowo Bóg sam nas pociąga tym co się wokół nas dzieje, co słyszymy, widzimy lub myślimy. Jednak z czasem możemy wejść na drogę prawdy i życia którą jest Jezus Chrystus. Dalej otrzymujemy wsparcie zewnętrzne, ale również doświadczamy przemiany wewnętrznej na mocy Bożego Słowa które przyjmujemy do swego serca, oraz wprowadzając go do swego życia. Gdy jesteśmy już gotowi poddać się Bogu w całości (to jak proces dojrzewania do decyzji o wyjściu za mąż) wówczas zwracamy się z tym do Boga chcą w taki sposób oddać Mu cześć i okazać pełne posłuszeństwo Jego woli ufając równocześnie, że będzie to dla nas droga do prawdziwego szczęścia. Tak też się dzieje chociaż tutaj na ziemi doświadczamy tylko jego namiastki wśród wielu trudów. Tak więc zarówno przed naszym prawdziwym nawróceniem jak i po nim walczymy wytrwale z trudami drogi po której idziemy (w praktyce jest to walka z własną cielesnością, wpływem otaczającego nas świata skupionego na doczesności, oraz rzeczywistymi siłami duchowymi zwanymi upadłymi aniołami). Naszą siłą jest wsparcie samego Boga poprzez swego Ducha Świętego, oraz poznanie i trzymanie się drogi krzyża wyznaczonej nam przez Boże Słowo, a czasami pomoc czy wsparcie ze strony Bożego Kościoła, czyli innych wierzących idących razem z nami.

Fizyczny zbór chrześcijan rzadko jest w stanie określić duchowe miejsce swoich członków, ale jest odpowiedzialny za stworzenie im jak najlepszych warunków do wzrostu. I chociaż osobisty wzrost duchowy zależy od utrzymywania jedności z Bogiem za który odpowiedzialny jest wyłącznie sam wierzący, bo Bóg zawsze kiedy to tylko będzie możliwe będzie dokonywał jego wewnętrznej przemiany. Tak więc żadne kalkulacje, czy spekulacje odnośnie tego kto gdzie na danej drodze się znajduje i jak można to zmienić nam nie pomogą, ani nie zapewnią nam prawdziwego poczucia własnego bezpieczeństwa, które tak naprawdę poza Chrystusem nie istnieje. Owocem życia z Duchem Świętym będzie zachwycenie się Nim i szukanie Go całym swoim sercem, albo odrzucenie Go i stawianie Mu oporu. To znaczy również, że z czasem powstają w nas zupełnie nowe motywacje do trwania w jedności z Bogiem.

My tedy głosimy mądrość wśród doskonałych, lecz nie mądrość tego świata ani władców tego świata, którzy giną; ale głosimy mądrość Bożą tajemną, zakrytą, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, której żaden z władców tego świata nie poznał, bo gdyby poznali, nie byliby Pana chwały ukrzyżowali. Głosimy tedy, jak napisano: Czego oko nie widziało i ucho nie słyszało, i co do serca ludzkiego nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy go miłują. Albowiem nam objawił to Bóg przez Ducha; gdyż Duch bada wszystko, nawet głębokości Boże. Bo któż z ludzi wie, kim jest człowiek, prócz ducha ludzkiego, który w nim jest? Tak samo kim jest Bóg, nikt nie poznał, tylko Duch Boży. A myśmy otrzymali nie ducha świata, lecz Ducha, który jest z Boga, abyśmy wiedzieli, czym nas Bóg łaskawie obdarzył. (1Kor 2,6-12)

Jeżeli zaś chodzi o bardzo rozpowszechnioną naukę o chrzcie w Duchu Świętym, to słowo chrzest znaczy zanurzenie, a nam przecież nie chodzi o zanurzenie się w Duchu Świętym, ale o otworzenie na Niego swego wnętrza. To zaś dzieje się szybko, ale po długotrwałym procesie poddawania się Chrystusowi. Gdy to nastąpi Duch Święty staje się pieczęcią przynależności człowieka do Boga (narodzenie się na nowo po długim okresie duchowej ciąży) i dalej wzrasta w Chrystusie. Wszystko bowiem na ziemi ma swoje miejsce, czas i dzieją się w wyznaczonym przez Boga porządku. Nawet zmartwychwstanie Jezusa, czy Jego wniebowstąpienie, a wylanie na ziemię Ducha Świętego rozdziela pewien okres czasu. Zastanówmy się więc czy sami nie dryfujemy w stronę wygodnej cielesności, a przez to nie produkujemy nowych cielesnych pokoleń. Cielesność bowiem nie jedno ma imię i może się wkradać do naszych serc i życia na różnych etapach naszego pielgrzymowania. I chociaż praktycznie nie da się jej zupełnie wyeliminować, to jednak powinna służyć celom duchowym. Wewnętrzny nowo narodzony człowiek musi panować nad starszym cielesnym. Tak Bóg od dawna postanowił i tego właśnie potomstwa jako owocu naszej wiary i miłości pożąda. Nie wiem czy można użyć tego przykładu właśnie w tym miejscu, ale gdybym porównałbym życie człowieka do pola, to jego uprawy zboża nazwałbym właściwym plonem, a rosnące na tym polu różnego rodzaju chwasty, trawy, chabry i inne kwiatki nazwałbym cielesnością. Dopóki jest ich niewiele nie stanowią zagrożenia dla zbiorów, ale jeżeli przekroczą pewną miarę zarastają zboże tak, że ponoć gdy stanowią połowę już nie robi się żniw na tym polu, bo to jest nieopłacalne, ale wszystko zostaje zaorane. Podobnie cielesność w małych ilościach nie stanowi zagrożenia gdy pozostaje pod kontrolą, ale gdy jest pozostawiona sama sobie przejmuje kontrolę nad człowiekiem przynosząc mu zgubę. Bez świadomego podążania drogą krzyża pozostaniemy poza wewnętrznym wpływem Ducha Świętego, a skazani na swoje siły przegramy tą nierówną walkę. Oto podstawowy powód upadku wielu pastorów, ewangelistów i nauczycieli naszych czasów.

Bo gdy one jeszcze się nie urodziły ani nic dobrego czy złego nie uczyniły – aby niewzruszone pozostało postanowienie Boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, zależne nie od uczynków, ale od woli powołującego – powiedziano jej: starszy będzie służyć młodszemu, jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści. (Rz 9,11-13)

Wiem tedy, że nie mieszka we mnie, to jest w ciele moim, dobro; mam bowiem zawsze dobrą wolę, ale wykonania tego, co dobre, brak; albowiem nie czynię dobrego, które chcę, tylko złe, którego nie chcę, to czynię. A jeśli czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który mieszka we mnie. Znajduję tedy w sobie zakon, że gdy chcę czynić dobrze, trzyma się mnie złe; bo według człowieka wewnętrznego mam upodobanie w zakonie Bożym. A w członkach swoich dostrzegam inny zakon, który walczy przeciwko zakonowi, uznanemu przez mój rozum i bierze mnie w niewolę zakonu grzechu, który jest w członkach moich. Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci? Bogu niech będą dzięki przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc ja sam służę umysłem zakonowi Bożemu, ciałem zaś zakonowi grzechu. (Rz 7,18-25)

Może to dla niektórych będzie pewnym zaskoczeniem, ale chciałbym zakończyć ten dość długi ciąg różnych, dość luźno z sobą połączonych myśli między innymi pewnym wersetem z apokryficznej Księgi Mądrości (wiele osób wychowanych na Biblii Tysiąclecia uznaję tą księgę za tekst skupiony na osobie Ducha Świętego, bo też sama księga stwarza takie wrażenie) który jak mi się wydaje w swym głównym przesłaniu dobrze oddaje pewną prawdę dotyczącą bliskich relacji z Duchem Świętym. Wydaje mi się również, że jest on pod względem treści zgodny z nauką całości Biblii. Niezależnie od bogactwa treści tej księgi radziłbym mimo wszystko czytać ją ostrożnie i weryfikować jej przesłanie ze Słowem Bożym. Ono bowiem powinno nas prowadzić do poznania Boga i prawdziwej jedności z naszym Stwórcą. To wielka sprawa. Pozostałe dwa wersety tworzą pewnego rodzaju podsumowanie i podpowiedź jak można zbliżyć się do Boga.

Mądrość nie wejdzie w duszę przewrotną, nie zamieszka w ciele zaprzedanym grzechowi. Święty Duch karności ujdzie przed obłudą, usunie się do niemądrych myśli, wypłoszy Go nadejście nieprawości. Mądrość bowiem jest duchem miłującym ludzi, ale bluźniercy z powodu jego warg nie zostawi bez kary: ponieważ Bóg świadkiem jego nerek, prawdziwym stróżem jego serca, Tym, który słyszy mowę jego języka. (apokryficzna Księga Mądrości 1,4-6; BT)

Badacie Pisma, bo sądzicie, że macie w nich żywot wieczny; a one składają świadectwo o mnie; ale mimo to do mnie przyjść nie chcecie, aby mieć żywot. (J 5,39-40)

A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujmy. Nie bądźmy chciwi próżnej chwały, jedni drugich drażniąc, jedni drugim zazdroszcząc. (Gal 5,24-26)

 

PS

Ważna poprawka i dalsze wnioski:

Po napisaniu tego tekstu jedna rzecz nie dawała mi spokoju: Czy na pewno właściwie określiłem granice, czyli miejsce narodzenia się na nowo? To znaczy, że gdy pisałem o wyjściu Izraela z Egiptu powiedziałem, że okres pobytu na pustyni w moim odczuciu jest okresem cielesnego chrześcijaństwa, czyli czasem kiedy człowiek już spotkał się z Bogiem, ale jeszcze Jezus Chrystus nie został prawdziwie jego Panem. To w jakimś sensie można uznać za częściowo poprawny obraz współczesnego chrześcijaństwa, bo coś w tym jest. Jednak naprawdę Biblia porównuje ludzi wierzących do Izraela błądzącego po pustyni. Odrodzenie, a przed nim pokuta mają więc miejsce wcześniej, a na pustyni dokonuje się proces uświęcenia Bożych wybranych, którym daleko jest do doskonałości (zarówno Izraelitom jak i chrześcijanom). Zobaczmy, że Boże Słowo zestawia ze sobą właśnie te dwie grupy ludzi:

Nie chcę, bracia, żebyście nie wiedzieli, że wszyscy nasi ojcowie byli pod obłokiem i wszyscy przeszli przez morze; I wszyscy w Mojżesza zostali ochrzczeni w obłoku i w morzu; Wszyscy też jedli ten sam pokarm duchowy; I wszyscy pili ten sam duchowy napój. Pili bowiem ze skały duchowej, która szła za nimi. A tą skałą był Chrystus. Lecz większości z nich nie upodobał sobie Bóg. Polegli bowiem na pustyni. A to stało się dla nas przykładem, żebyśmy nie pożądali złych rzeczy, jak oni pożądali. Nie bądźcie więc bałwochwalcami, jak niektórzy z nich, jak jest napisane: Usiadł lud, aby jeść i pić, i wstali, aby się bawić. Nie dopuszczajmy się też nierządu, jak niektórzy z nich się dopuszczali i padło ich jednego dnia dwadzieścia trzy tysiące; I nie wystawiajmy na próbę Chrystusa, jak niektórzy z nich wystawiali i poginęli od wężów; Ani nie szemrajcie, jak niektórzy z nich szemrali i zostali wytraceni przez niszczyciela. A to wszystko przydarzyło się im dla przykładu i zostało napisane dla napomnienia nas, których dosięgnął kres czasów. Tak więc kto myśli, że stoi, niech uważa, aby nie upadł. Nie nawiedziła was pokusa inna niż ludzka. Lecz Bóg jest wierny i nie pozwoli, żebyście byli kuszeni ponad wasze siły, ale wraz z pokusą da wyjście, żebyście mogli ją znieść. (1Kor 10,1-13; UBG)

Dlatego, jak mówi Duch Święty: Dzisiaj, jeśli usłyszycie jego głos; Nie zatwardzajcie waszych serc jak podczas rozdrażnienia, w dniu próby na pustyni; Gdzie mnie wystawiali na próbę wasi ojcowie i doświadczali, i oglądali moje dzieła przez czterdzieści lat. Dlatego się rozgniewałem na to pokolenie i powiedziałem: Oni zawsze błądzą sercem i nie poznali moich dróg; Toteż przysiągłem w moim gniewie, że nie wejdą do mojego odpoczynku. Uważajcie, bracia, żeby nie było czasem w kimś z was przewrotnego serca niewiary, które by odstępowało od Boga żywego; Lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, dopóki nazywa się „Dzisiaj”, aby nikt z was nie popadł w zatwardziałość przez oszustwo grzechu. Staliśmy się bowiem uczestnikami Chrystusa, jeśli tylko nasze pierwotne przeświadczenie aż do końca niewzruszenie zachowamy. Dopóki jest powiedziane: Dzisiaj, jeśli usłyszycie jego głos, nie zatwardzajcie waszych serc jak w dniu rozdrażnienia. Niektórzy bowiem, usłyszawszy, rozdrażnili Pana, ale nie wszyscy z tych, którzy wyszli z Egiptu pod wodzą Mojżesza. A na kogo gniewał się przez czterdzieści lat? Czy nie na tych, którzy zgrzeszyli, a których ciała legły na pustyni? A którym przysiągł, że nie wejdą do jego odpoczynku, jeśli nie tym, którzy byli nieposłuszni? Widzimy więc, że nie mogli wejść z powodu niewiary. (Heb 3,7-19; UBG)

Powyższe słowa autor kieruje do wierzących, a nie pogan. A dlaczego to robi? Bo ich życie niewiele się różni od życia niewierzących, albo przybiera formę bezsilnej religijności. Dlatego też nieskończenie dobry i święty Bóg zachęca nas do przyjścia bliżej Niego, poprzez porzucenie własnych grzechów i zjednoczenie się z Nim poprzez trwanie i dojrzewanie w Jezusie Chrystusie. Oto prawdziwe życie w Bogu, pełnia tego co zostało nam obiecane. Jednak droga do tego niejednokrotnie wiedzie poprzez trud i znój ujarzmiania własnej natury i umierania dla tego świata. To tak mało atrakcyjne jak chodzenie po pustyni, ale owocne. Podobnie jak Izrael schodzący z pustyni był zupełnie innym narodem niż Izrael wchodzący na nią, tak też człowiek kończący swój bieg wiary jest zupełnie innym człowiekiem od tego który wiele lat wcześniej wchodził na tą drogę.

Można to też chyba uogólnić do całości wierzących jako jednej społeczności.

Tak więc współczesne chrześcijaństwo charakteryzujące się letniością, cielesnością, akceptacją wielu grzechów i błędnych nauk, totalną ignorancją względem Bożego Słowa, oraz niespotykanym wcześniej pozoranctwem. Z tego też powodu zatraciło poznanie Boga, oraz realną wieź ze swoim stwórcą. Już Go nie znamy tak jak znano Go dawniej. Są jednak jednostki, najczęściej w starszym pokoleniu, które chociaż częściowo rozumieją zamysł Boży i są ogromnym wsparciem w szukaniu drogi do Boga i obfitości w Bogu. Jednak problem wielu wierzących odrodzonych ludzi, którzy nie wiedzą co robić dalej z sobą lub nie chcą iść drogą prawdy i posłuszeństwa Bogu zwanej też drogą krzyża (czyli umierania dla pełnienia własnych pragnień, po to aby zrobić miejsce Bogu i Jego pragnieniom) dostrzegamy nawet w pierwszym wieku, w czasach kiedy to potężna moc Ewangelii przemieniała oblicze Ziemi.

Ucieszyłem się bardzo, że wśród twoich dzieci znalazłem takie, które postępują w prawdzie, jak otrzymaliśmy przykazanie od Ojca. (2J 4; UBG)

A mam nadzieję w Panu Jezusie, że wkrótce poślę do was Tymoteusza, abym został pocieszony, dowiedziawszy się, co się u was dzieje. Nie mam bowiem nikogo o równych jemu myślach, który by się szczerze troszczył o wasze sprawy. Bo wszyscy szukają swego, a nie tego, co jest Jezusa Chrystusa. (Flp 2,19-21; UBG)

Natomiast młodszych wdów do nich nie zaliczaj, bo gdy rozkosze odwodzą je od Chrystusa, chcą wyjść za mąż; Ściągając na siebie potępienie, ponieważ odrzuciły pierwszą wiarę. Co więcej, uczą się bezczynności, chodząc od domu do domu, i nie tylko są bezczynne, lecz też gadatliwe, wścibskie, mówiące to, co nie wypada. Chcę więc, żeby młodsze wychodziły za mąż, rodziły dzieci, zajmowały się domem, nie dawały przeciwnikowi żadnego powodu do obmowy. Już bowiem niektóre odwróciły się i poszły za szatanem (1Tym 5,11-15; UBG)

A to wiedz, że w ostatecznych dniach nastaną trudne czasy. Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, chełpliwi, pyszni, bluźniący, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, bezbożni; Bez naturalnej miłości, niedotrzymujący słowa, oszczercy, niepowściągliwi, okrutni, niemiłujący dobrych; Zdrajcy, porywczy, nadęci, miłujący bardziej rozkosze niż Boga; Przybierający pozór pobożności, ale wyrzekający się jej mocy. Takich ludzi unikaj. Z takich bowiem są ci, którzy wkradają się do domów i usidlają naiwne kobietki obciążone grzechami, wiedzione przez rozmaite pożądliwości; Które zawsze się uczą, a nigdy nie mogą dojść do poznania prawdy. (2Tym 3,1-7; UBG)

Byli też fałszywi prorocy wśród ludu, jak i wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy potajemnie wprowadzą herezje zatracenia, wypierając się Pana, który ich odkupił, i sprowadzą na siebie rychłą zgubę. Wielu zaś podąży za ich zgubną drogą, a droga prawdy z ich powodu będzie bluźniona. I z chciwości będą wami kupczyć przez zmyślone opowieści. Ich sąd od dawna nie zwleka, a ich zatracenie nie śpi. (2P 2,1-4; UBG)

Podobnych fragmentów w Biblii jest dużo więcej, a zostały napisane do wierzących i o wierzących. Tak więc przyznajmy, że nadszedł czas aby na nowo szukać Pana i ponownie głosić prawdziwą Ewangelię, czyli drogę Prawdy, która w naszych czasach jest szczególnie znieważana. Ten szlak trzeba nie tylko na nowo odkryć, ale również przetrzeć, ogłosić światu i odpowiednio oznaczyć dla następnych pokoleń, gdyż naprawdę niewiele osób w naszych czasach wie jak się zbliżać do Boga, jak się uświęcać i upodabniać do Chrystusa. Jeszcze trudniej spotkać prawdziwych przyjaciół Boga, którzy by całym sercem Go kochali i nie mieli wątpliwości w praktyce co do ufania Jego Słowu.

Wy jesteście moimi przyjaciółmi, jeśli robicie to, co wam przykazuję. Już więcej nie będę nazywał was sługami, bo sługa nie wie, co robi jego pan. Lecz nazwałem was przyjaciółmi, bo oznajmiłem wam wszystko, co słyszałem od mego Ojca. (J 15,14-15; UBG)

Ci bowiem, którzy żyją według ciała, myślą o tym, co cielesne, ale ci, którzy żyją według Ducha, myślą o tym, co duchowe. Gdyż zamysł ciała to śmierć, ale zamysł Ducha to życie i pokój; Dlatego, że zamysł ciała jest nieprzyjacielem Boga, bo nie poddaje się prawu Bożemu, gdyż i nie może. Ci więc, którzy są w ciele, nie mogą podobać się Bogu. Lecz wy nie jesteście w ciele, ale w Duchu, gdyż Duch Boży mieszka w was. A jeśli ktoś nie ma Ducha Chrystusa, ten do niego nie należy. Ale jeśli Chrystus jest w was, to ciało jest martwe z powodu grzechu, a duch jest żywy z powodu sprawiedliwości. (Rz 8,5-10; UBG)

Cudzołożnicy i cudzołożnice, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem? Jeśli więc ktoś chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga. Czy sądzicie, że na próżno Pismo mówi: Duch, który w nas mieszka, zazdrośnie pożąda? Większą zaś daje łaskę, bo mówi: Bóg sprzeciwia się pysznym, a pokornym daje łaskę. Poddajcie się więc Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a on zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie umysłu dwoistego. Ubolewajcie, smućcie się i płaczcie. Wasz śmiech niech się obróci w smutek, a radość w przygnębienie. Uniżcie się przed Panem, a on was wywyższy. (Jk 4,4-10; UBG)

Jeśli ktoś nie miłuje Pana Jezusa Chrystusa, niech będzie przeklęty. Maranatha. Łaska Pana Jezusa Chrystusa niech będzie z wami. (1Kor 16,22-23; UBG)

Jak zatem wrócić na właściwe tory? Czy to w ogóle jest możliwe? Oczywiście, że tak. Na Boże tory wraca się dokładnie tak samo jak się na nie wchodziło po raz pierwszy, czyli poprzez upamiętanie i pokutę. Jeżeli ktoś nie zobaczy własnej grzeszności przenikającej całą naturę ludzką ten nie będzie potrafił szczerze i z serca powiedzieć: „Jestem zgubiony, nie mam żadnych szans w walce z grzechem.” Tylko taka osoba która to widzi, a jednocześnie pragnie bliskości Boga powie również całkowicie szczerze: „Dziękuję Ci Jezu, że stanąłeś do walki z moim grzechem, że nie zostawiłeś mnie samego i chcesz wyrwać mnie z niewoli diabła. Sam też wspierasz mnie we wszelkim trudzie zmierzającym do tego, aby nas do Siebie przybliżyć, aby mnie upodobnić do Ciebie, abym potrafił otworzyć się na Twoje działanie we mnie.” Większość tak zwanych chrześcijan tego nie widzi uważając siebie za dobrych ludzi i wywyższając się nad innych z byle powodu. Jak więc mają się wyrwać z niewoli diabła skoro trudno im pojąć, że zostali przez niego schwytani i tak jak poganie otwarcie występujący przeciwko Bogu do niego należą (2Tym 2,26). Ich poglądy szerzone w zborach, oraz postawa jaką prezentują są nie tylko antyświadectwem chrześcijaństwa, ale również powodem odstępstwa od drogi prawdy wielu słabych wierzących. Tymczasem podążanie tą drogą wymaga pewnego wysiłku wewnętrznego i zewnętrznego, którego wielu chciałoby uniknąć głosząc, że już mają to, o co inni dopiero zabiegają. Tak naprawdę nic nie mają, ale dołączają do grona zdobyczy diabelskich i są przekształcani w narzędzia jego dzieła. Jednak i dla nich jest nadzieja powrotu do Boga jeżeli tylko zdadzą sobie sprawę ze swego położenia i będą chcieli się wyrwać diabłu.

Synu, od młodości swej staraj się o naukę, a będziesz ją nabywał aż do siwizny. Jak oracz i siewca przystępuj do niej i czekaj na dobry jej plon; trochę się utrudzisz pracując nad nią, ale wnet będziesz spożywał jej owoce. Jakże bardzo twarda jest dla nieuków, a lekkoduch w niej nie wytrwa. Jak potężny kamień próby go przytłoczy i nie będzie zwlekał z jej odrzuceniem. Mądrość bowiem, zgodnie ze swą nazwą, nie dla wielu jest dostrzegalna. Słuchaj, synu, przyjmij me zasady, a rady mojej nie odrzucaj! Włóż nogi w jej dyby, a szyję swą w jej obrożę! Poddaj ramiona swe i dźwignij ją, a nie zżymaj się na jej więzy! Całą duszą zbliż się do niej i strzeż jej dróg ze wszystkich sił! Ubiegaj się o nią, szukaj, a da ci się poznać, a gdy ją posiądziesz, nie wypuszczaj z objęć! Na koniec bowiem znajdziesz miejsce jej odpoczynku, a to ci się w radość obróci. Dyby jej będą ci walną obroną, a obroża jej strojem zaszczytnym. (Syr 6,18-29; BT, księga apokryficzna, tylko częściowo nadająca się do polecania choć miejscami bardzo wymowna i zgodna z nauką Bożego Słowa)

Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a ja wam dam odpoczynek. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek dla waszych dusz. Moje jarzmo bowiem jest przyjemne, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,28-30; UBG)

Przyjście do Boga po pomoc w skrusze i pokorze, ze świadomością własnej bezsilności to jedno, a wytrwanie przy Chrystusie do końca to zupełnie co innego. Przyjście wymaga wiary, oraz objawienia własnej grzeszności i bezsilności, co pochodzi od Ducha Świętego (J 16,7-11) i prowadzi nas do pokuty (Łk 18,9-14). Człowiek przystępujący do Chrystusa w inny sposób, czyli bez świadomości własnej grzeszności i żalu z tego powodu nie zostanie przyjęty (Mt 9,13). Jednak wytrwanie w Chrystusie wymaga miłości do Boga. Trzeba więc świadomie odwiązać nasze serce od wszystkich miłostek tego świata (sprzedać je) i skupić się na tym co najważniejsze. Boże Słowo uczy nas, że to co będziemy sobie cenili to też będzie kochało nasze serce. Zweryfikujmy więc własną hierarchię wartości i odrzućmy to co się Bogu nie podoba w naszym sercu i życiu, bo to jest naszym głównym sidłem.

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną; Ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Gdzie bowiem jest wasz skarb, tam będzie i wasze serce. Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest szczere, całe twoje ciało będzie pełne światła. Jeśli zaś twoje oko jest złe, całe twoje ciało będzie pełne ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, sama ciemność jakaż będzie? (Mt 6,19-23)

Ponownie królestwo niebieskie jest podobne do skarbu ukrytego w polu, który człowiek znalazł i ukrył. Uradowany nim poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił to pole. Królestwo niebieskie podobne jest też do kupca, który szukał pięknych pereł. A znalazłszy jedną bardzo cenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. (Mt 13,44-46; UBG)

To bardzo ważna kwestia, a poza tym jeżeli już ktoś doceni i odwzajemni Bożą miłość jaka została mu objawiona w Jezusie Chrystusie to następnie musi wejść w krąg tej miłości i dobroci względem innych ludzi (J 15,9-10; Rz 11,22-24). Miłość Boża ma zdecydowanie praktyczny charakter, a jej granice określa Boże Słowo. Wszelka miłość wykraczająca poza te granice nie pochodzi od Boga, a co za tym idzie do Niego też nie prowadzi, ale z drugiej strony wszelka interpretacja Bożego Słowa pomijająca Bożą miłość jest również błędem. Bogu nie chodzi o nasze emocjonalne uniesienia, ani o naukowe wywody, ale o to, aby nas wyrwać z mocy diabła. Nie tylko wyrwać, ale też zachować od jego wpływu i doprowadzić do swojej chwały w niebie. Trwanie w Chrystusie (J 15,1-27) jest więc szalenie ważne, abyśmy nie dali się zwieść przeciwnikowi i oskarżycielowi naszych dusz. Diabeł nie ma zamiaru się z nami bawić, ale o ile okaże się to możliwe będzie dążył do naszej zagłady wszelkimi dostępnymi mu środkami (J 10,10). Nie bądźmy więc jak ów sługa, który otrzymał przebaczenie swoich win od swego króla, ale ze względu na jego złą postawę względem swojego współsługi zostało mu to zabrane (Mt 18,23-35). Tak też Bóg obiecał nas potraktować, nie lekceważmy więc tego ostrzeżenia. Nasz stosunek do innych ludzi pokazuje kim tak naprawdę jesteśmy: dziećmi Boga, czy dziećmi diabła. Nie dajmy się odwieść od trwania w miłości Boga, abyśmy nie otworzyli się na działanie diabła. O to walczmy, aby wytrwać w Bożej miłości i Bożym Słowie.

Bo w Chrystusie Jezusie ani obrzezanie nic nie znaczy, ani nieobrzezanie, ale wiara, która działa przez miłość. (Gal 5,6; UBG)

W Chrystusie Jezusie bowiem ani obrzezanie nic nie znaczy, ani nieobrzezanie, ale nowe stworzenie. (Gal 6,15; UBG)

Tak winniśmy żyć jak Jezus, powstrzymując się od wszelkiego świadomego zła, czyniąc wytrwale to co jest Bożą, a nie naszą wolą i co Jemu się podoba. Bóg zaś przez swego Ducha, swoje Słowo i swój Kościół obiecał nas wspierać, chronić i prowadzić do nieba na ucztę weselną z Jego Synem. Prawdę mówiąc to wszystko działa na korzyść Dziecka Bożego jeżeli tylko pozostaje wierne Chrystusowi. Wielu ludzi wcale tego nie chce pragnąc żyć dla siebie według własnych zasad i praw od Boga oczekując jedynie pomocy i błogosławieństwa w szukaniu własnego szczęścia. Bóg chce nam pomagać, ale na swoich warunkach, bo tylko tak jest możliwe wygranie czekającej nas batalii. Odrzucenie Boga prowadzi nas do robienia tysięcy martwych uczynków, które nie przynoszą nam oczekiwanego plonu. Boga nie da się przecież oszukać, a co kto będzie czynił takie też będzie zbierał owoce i z tego też zostanie rozliczony.

Siejcie sobie w sprawiedliwości, żnijcie w miłosierdziu, orzcie swoje ugory. Czas bowiem szukać PANA, aż przyjdzie i spuści na was sprawiedliwość jak deszcz. Ale oraliście niegodziwość, zbieraliście nieprawość i jedliście owoc kłamstwa. Zaufałeś bowiem swej drodze i wielkiej liczbie swoich wojowników. (Oz 10,12-13; UBG)

Posiejcie sobie sprawiedliwość, a zbierzecie miłość; karczujcie nowe ziemie! Nadszedł czas, by szukać Pana, aż przyjdzie, by sprawiedliwości was nauczyć. Dlaczego uprawiacie zło, zbieracie nieprawość i spożywacie owoce kłamstwa? Ponieważ nadzieję złożyłeś w twych rydwanach i mnóstwie twoich wojowników (Oz 10,12-13 BT)

Niech sprawiedliwość będzie waszym zasiewem, byście zbierać mogli miłość! Uprawiajcie nowe zagony! Czas już, by szukać Jahwe, dopóki nie przyjdzie uczyć nas sprawiedliwości. Wy jednak zasialiście bezbożność, dlatego zbieracie nieprawość i spożywacie owoce kłamstwa. Ponieważ zawierzyłeś swym wozom i wielkiej liczbie swych wojowników, (Oz 10,12-13; BP)

Takie podejście do życia powinno nas życzliwie usposabiać do drugiego człowieka i bezkompromisowo nastrajać do każdego grzechu. Pamiętajmy o tym, aby nasze chrześcijaństwo nie było tylko czczym gadaniem lub religijnym obrządkiem, ale realną walką o życie swoje i innych.

Jeśli bowiem ktoś uważa, że jest czymś, będąc niczym, ten zwodzi samego siebie. Każdy zaś niech bada swoje własne czyny, a wtedy będzie mieć powód do chluby w samym sobie, a nie w kimś innym. Każdy bowiem poniesie swoje własne brzemię. A ten, kto jest nauczany słowa, niech udziela ze wszystkich dóbr temu, który go naucza. Nie łudźcie się, Bóg nie da się z siebie naśmiewać. Co bowiem człowiek sieje, to też żąć będzie. Bo kto sieje dla swego ciała, z ciała żąć będzie zniszczenie. Kto zaś sieje dla Ducha, z Ducha żąć będzie życie wieczne. A w czynieniu dobra nie bądźmy znużeni, bo w swoim czasie żąć będziemy, jeśli nie ustaniemy. Dlatego więc, dopóki mamy czas, czyńmy dobrze wszystkim, a zwłaszcza domownikom wiary. (Gal 6,3-10; UBG)

Jaki z tego pożytek, moi bracia, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić? Gdyby brat albo siostra nie mieli się w co ubrać i brakowałoby im codziennego pożywienia; A ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie, a nie dalibyście im tego, czego potrzebuje ciało, jaki z tego pożytek? Tak i wiara, jeśli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie. Lecz ktoś może powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja mam uczynki; pokaż mi swoją wiarę bez twoich uczynków, a ja ci pokażę swoją wiarę z moich uczynków. Ty wierzysz, że jest jeden Bóg, i dobrze czynisz. Demony także wierzą i drżą. Czy chcesz się przekonać, marny człowieku, że wiara bez uczynków jest martwa? Czy Abraham, nasz ojciec, nie został usprawiedliwiony z uczynków, gdy ofiarował Izaaka, swego syna, na ołtarzu? Widzisz, że wiara współdziałała z jego uczynkami i przez uczynki wiara stała się doskonała. I tak wypełniło się Pismo, które mówi: Uwierzył Abraham Bogu i poczytano mu to za sprawiedliwość, i został nazwany przyjacielem Boga. (Jk 2,14-23; UBG)

My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłujemy braci. Kto nie miłuje brata, pozostaje w śmierci. Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest mordercą, a wiecie, że żaden morderca nie ma życia wiecznego zostającego w sobie. Po tym poznaliśmy miłość Boga, że on oddał za nas swoje życie. My również powinniśmy oddawać życie za braci. A kto miałby majętność tego świata i widziałby swego brata w potrzebie, a zamknąłby przed nim swoje serce, jakże może mieszkać w nim miłość Boga? Moje dzieci, nie miłujmy słowem ani językiem, ale uczynkiem i prawdą. (1J 3,14-17; UBG)

Widzimy, że w Biblii jest wiele praktycznych porad dla osób szczerze szukających Boga. Bez znajomości Bożego Słowa trudno mówić o jakiejkolwiek znajomości Boga, gdyż to Jezus objawił nam ostatecznie swego Ojca, kim jest, czego pragnie, jakie ma względem nas zamiary. Czy damy Mu wiarę? Jeżeli tak się stanie będzie to początkiem naszej drogi do Boga na której nie można zatrzymać się gdzieś w połowie. Tu się nie da grać na dwa fronty. Bez Chrystusa nie mamy żadnych szans w walce z diabłem, światem i zepsuciem naszej natury, więc idziemy na wieczne potępienie. Jakiekolwiek odstępstwo od Chrystusa lub kompromis zawarty z diabłem może nas kosztować życie wieczne, choć zwykle nie od razu tak się dzieje. Diabeł wydziera wprawdzie z naszych szeregów lekkoduchów, odstępców, ludzi chwiejnych, chciwych, pysznych i niezdecydowanych upodabniając ich do siebie i skazując przez to na swój los. W taki sposób podobnie jak Bóg czyni z ludzi swoje dzieci (Mt 13,37-43). Tak więc każdy z nas walczy o to kim się stanie i jaka będzie jego przyszłość. Ignorowanie rzeczywistości duchowej tylko ułatwia diabłu zadanie. Pokonanie zaś dziecka Bożego wiąże się z namówieniem go do opuszczenia Bożej ochrony jak została dla niego przygotowana w Chrystusie i której nie jest w stanie sforsować. Z Bogiem nie można wygrać, ani Go oszukać, bo On nawet najbardziej przemyślne zasadzki diabelskie obraca na naszą korzyść jeżeli tylko trwamy w Chrystusie Bóg nie tylko nas kształtuje, ale też za wszystko nam odpłaca. Dlatego też tak wiele słów Jezusa jest tak radykalnych jak Jego postawa w Jego życiu na Ziemi.

Jeśli ktoś przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, a nawet swego życia, nie może być moim uczniem. Kto nie niesie swego krzyża, a idzie za mną, nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, najpierw nie usiądzie i nie obliczy wydatków, czy mu wystarczy na ukończenie? Aby czasem, gdyby położył fundament, a nie mógłby ukończyć, wszyscy, którzy by to widzieli, nie zaczęli się z niego naśmiewać; Mówiąc: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał ukończyć. Albo który król, wyruszając na wojnę z drugim królem, najpierw nie usiądzie i nie naradzi się, czy w dziesięć tysięcy może zmierzyć się z tym, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciwko niemu? A jeśli nie, to gdy tamten jeszcze jest daleko, wysyła poselstwo i prosi o warunki pokoju. Tak i każdy z was, kto nie wyrzeknie się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. Dobra jest sól. Lecz jeśli sól zwietrzeje, czym się ją przyprawi? Nie nadaje się ani do ziemi, ani do nawozu; precz się ją wyrzuca. Kto ma uszy do słuchania, niech słucha. (Łk 14,26-35; UBG)

Chociaż bowiem w ciele żyjemy, nie walczymy według ciała; (Gdyż oręż naszej walki nie jest cielesny, ale z Boga, i ma moc burzenia twierdz warownych); Obalamy rozumowania i wszelką wyniosłość, która powstaje przeciwko poznaniu Boga, i zniewalamy wszelką myśl do posłuszeństwa Chrystusowi; Gotowi do ukarania wszelkiego nieposłuszeństwa, kiedy wasze posłuszeństwo będzie całkowite. (2Kor 10,3-6; UBG)

Czy na pewno mamy taką samą postawę jak zaleca Jezus i jak ma Paweł? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że serce człowieka jest niepodzielne i nie może dwóm panom służyć? Pewne rzeczy na ziemi da się podzielić, a podzielenie innych czyni je bezużytecznymi. Tak też jest z chrześcijaństwem, połowiczne wierzenie nie ma żadnej wartości. Potem trzeba się jeszcze nauczyć jak z powierzonej nam łaski właściwie korzystać ku zbudowaniu, a nie zgubie innych. Wcześniej czy później los jednego z nich każdy człowiek podzieli stając się Dzieckiem Boga lub dzieckiem diabła. Wydaje mi się również, że w bardzo wielu przypadkach Dzieci Boga na tak blisko dopuszczają diabła do swego życia, że czyni z nich nieużyteczne naczynia pozbawione mocy Bożej. To problem braku dojrzałości i obfitości wśród ludzi wierzących nie rozumiejących czego tak naprawdę Bóg od nich oczekuje, oraz dlaczego powinni robić to, a nie tamto. To poznanie mają jedynie przyjaciele Boga. Chciejmy więc być nie tylko sługami Chrystusa, ale i Jego przyjaciółmi (J 15,15). Przyjaciel nie tylko rozumie swego Pana, ale też się z Nim zgadza i współpracuje z Nim za sprawą Ducha Świętego wkomponowując się w Jego plan ratowania i wywyższenia ludzkości do rangi Swojej chwały. To równocześnie zaproszenie do wejścia w skład rodziny Bożej, czego oczywiście życzę nie tylko sobie, ale i wszystkim którzy Go kochają i oczekują Jego przyjścia.

Tomasz Jaśkowiec