Tomasz Jaśkowiec, Współczesne trudności z Ewangelizacją

/ Listopad 18, 2016/ Artykuły, Tomasz Jaśkowiec, Trudne tematy

Trudności z Ewangelizacją były, są i chyba już zawsze będą. W czym zatem tkwi problem? Czy różnimy się od naszych poprzedników? Co robimy nie tak i czy można to naprawić? To trudne pytania na które każdy z nas sam sobie powinien odpowiedzieć. Ja jednak chciałbym zasugerować, że prawdziwy problem najprawdopodobniej leży o wiele głębień niż się to wielu osobom wydaje. Moim zdaniem największym problemem ludzkości, a co za tym idzie również Ewangelizacji jest ludzka pycha. Wprawdzie towarzyszy nam ona prawie od samego początku naszego istnienia, ale jej presja wydaje się różna w różnych środowiskach, czasach, czy sytuacjach w jakich i my możemy się znaleźć. Dlatego warto się nad nimi zastanowić, aby nie zostać pokonanym przez tego niewidzialnego wroga. Zmierzenie się z nim w pewnych okolicznościach jest prawie niemożliwe, mówię prawie, bo wyjątek dotyczy sytuacji w których gdzieś się znajdziemy z bożej woli, a wtedy zawsze możemy liczyć na wsparcie Bożego Ducha. Tymczasem skupmy się na przesłaniu Bożego Słowa, które wyraźnie objawia nam boże myśli i nie traktujmy sytuacji wyjątkowych jako naszej normy, bo to nie wyjdzie nam na dobre. Zwróćmy też uwagę jak trudno nam uwierzyć, że Bóg naprawdę myśli inaczej niż my i naprawdę wszystko co w życiu robimy wcześniej czy później przyniesie nam swój owoc (.Gal.6.7-8). To bardzo sprawiedliwe i szalenie niebezpieczne postanowienie boże nie robiące żadnej różnicy między ludźmi i dlatego powinniśmy być zawsze czujni (Mt.26.41). Chociaż pycha nie jedno ma imię, to najczęściej widzimy ją jako formę wyniosłości pielęgnowanej w sercu i uparcie podkreślającej wyższość jej posiadacza nad innymi ludźmi. Na tym jej aspekcie chciałbym się skupić, bo jest ona bardzo niebezpieczna. Nie ma znaczenia w czym ta wyższość się wyraża, ani czy jest prawdziwa. Zawsze znajdzie się jakiś powód, abyśmy mogli czuć się lepsi, mądrzejsi, ładniejsi, bogatsi, zaradniejsi, czy bardziej zasłużeni od innych. Zdobycie i utrzymanie wysokiej pozycji w swoim środowisku wymaga pewnego trudu i zdolności dlatego nie każdy może tego dokonać. Dużo łatwiejsze jest zrobić to samo we własnym sercu. Praktycznie każdy człowiek w większym lub mniejszym stopniu ma tendencje do ulegania tej osobistej manipulacji. Sprawa ta dotyczyła nawet Pawła, do którego nie wiem czy ktokolwiek z nas chciałby się porównywać (2Kor.12.7-10). Nasza wysoka pozycja w tej wirtualnej inscenizacji wynika głównie z faktu, że sami dla siebie jesteśmy zarówno reżyserami jak i sędziami oceniającymi nie tylko siebie, ale też wszystko wkoło nas. To my ustalamy własne standardy jednym rzeczom nadając wartość, a inne ignorując, czy nawet poniżając. Niestety nawet jeżeli prawdziwie wzrastamy duchowo w wierze, wiedzy, czy dobrych uczynkach, to równocześnie rośnie z nami świadomość tych zmian i to jest chyba największe zagrożenie. Jeżeli komuś wydaje się, że pycha dotyczy nas tylko na początku drogi zbawienia, a później nas opuszcza to jest w błędzie. Może to być prawdą przy wychodzeniu z różnego rodzaju grzechów, ale pycha jak to mówią niektórzy umiera dopiero dziesięć minut po śmierci człowieka. Choć jej pierwotna forma może rzeczywiście bardzo maleć i człowiek nawracający się może wyglądać na coraz pokorniejszego, to jednak dość szybko powstają jej mutacje dopasowane do nowych warunków, które świetnie sobie radzą nawet w bardzo religijnych środowiskach. Wraz z wyniosłością często pojawia się uparte trwanie przy swoich wartościach i racjach, bo tak naprawdę dzięki nim czujemy się wyjątkowi jako ich reprezentanci, a stałe nawracanie się, czyli zmiany wprowadzają pewną pozorną destabilizację i burzą poczucie bezpieczeństwa opartego na sobie i tym co posiadamy: bogactwie, władzy, pozycji, wyjątkowych talentach, czy inteligencji. To doskonały materiał na twierdze warowne budowane przez diabła w naszych sercach (2Kor.10.3-6). Kult siebie nie jest więc tylko samouwielbieniem, ale również czcią oddawaną wartościom w które wierzymy i z którymi się utożsamiamy (wiedza, demokracja, ojczyzna, siła, równość, pieniądze, wolność, niezależność, potrzeba prywatnego szczęścia, … itd.). Jednak za tym wszystkim co serwuje nam świat stoją odpowiednie demony. Nawet to co pozornie wydaje się dobre staje się złe gdy odciąga nas od Boga zajmując czymś innym (1Kor.10.20-23). Gloryfikacja własnych przekonań, oraz niezłomne trwanie przy nich przysparza nam dyskretnej chwały głównie w naszych oczach i sprawia, że czujemy się z tym dobrze. Nikt inny nie musi o tym wiedzieć, chociaż uznanie i pochwały innych są zdecydowanie mile widziane. Bywa też w przypadku osób uważających się za wierzących, że owa postawa jest tak mocno przez nich spychana do podświadomości, że sami przestają sobie zdawać z niej sprawę, albo świadomie ją bagatelizują. Tak rodzi się faryzeizm. To jednak tylko jedna z odsłon pychy, której niestety i w środowisku chrześcijańskim nie brakuje, nie wiem tylko dlaczego tak mało się o tym mówi. A problem niewątpliwie narasta. Natomiast Bóg pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje (1P.5.5-6).

Tak też człowiek cielesny ma w sobie pewnego rodzaju coraz mocniej ukorzenioną niechęć do zmian naruszających jego ego. Z tego powodu nie tylko niechętnie się nawraca, ale również po nawróceniu z trudem posuwa się do przodu po drodze krzyża. Jak bowiem sama nazwa wskazuje jest to droga cierpienia i hańby. Natomiast krzyż to miejsce śmierci naszego „ja” i trzeba się z tym już na początku tej drogi pogodzić. Z perspektywy doczesności już samo wejście na tą drogę jest najbardziej niekorzystną inwestycją (chociaż wielu ewangelistów przedstawia to zupełnie odwrotnie), ale wziąwszy pod uwagę wiarę w jedynego i wszechmocnego Boga panującego nad czasem i przestrzenią, oraz objawienie przyniesione nam przez Jezusa Chrystusa (2Tym.1.10-11) sprawa zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Wielu wierzących ma bardzo niebiblijne spojrzenie na na kwestie wiary sądząc, że z Jezusem będzie się im żyło lepiej i bardziej dostatnio, oraz w większej harmonii zarówno z sobą jak i innymi ludźmi, a na koniec ich szczęśliwego życia Bóg weźmie ich do nieba. Nic bardziej mylnego. To nie Bóg ma nam służyć i spełniać nasze zachcianki, ale my mamy służyć Jemu. Układ jest prosty: Jezus oddał swoje życie za nasze życie, po to aby ocalić tych, którzy oddadzą swoje życie na służbę Jemu. Ci w przyszłości otrzymają nowe, wieczne i zdecydowanie lepsze życie (1Kor.2.9). Biblijne chrześcijaństwo to nie wesoła przygoda z Jezusem pełna niezwykłych doświadczeń jak to głoszą niektórzy pseudo ewangeliści, ale przymierze zawarte na śmierć i życie, droga męki, proces uświęcania się i próba wierności, oraz stałości ludzkich deklaracji. Nie da się jej też przejść bez bożej pomocy, czyli wsparcia Ducha Świętego. W praktyce dużo zależy również od tego gdzie i kiedy żyjemy, oraz jakie plany ma Bóg względem nas, ale pewne rzeczy pozostają na tej drodze niezmienne jak Słowo Boże. Prowadzący nas Duch Święty będzie nas ich uczył przypominając słowa Jezusa, bo przecież sam kontynuuje dzieło Ojca i Syna (J.14.26). Zachęta do odrzucenia wszelkich dogmatów religijnych i wyzwolenie się z wszelkich ograniczeń nawet nauki Biblii, aby doświadczyć prawdziwego człowieczeństwa, albo nawet bóstwa (słyszałem takie zwiastowania) przypomina mi kuszenie Ewy w raju, gdzie diabeł zwracał się do niej w podobnej retoryce mówiąc: będziecie jak Bóg. Pychą jest takie zwiastowanie, bo dąży do pobudzenia pychy słuchaczy i pychą jest przyjęcie go za prawdę, bo to dowód ich wyniosłości. Zanim więc przyjdzie czas na niewypowiedziane szczęście trzeba sobie zdać sprawę z grozy naszego położenia jako rasy toczonej przez grzech, jak przez robactwo, której przeznaczeniem jest wieczny ogień. Tego procesu nie da się już cofnąć, ani zatrzymać, machina ruszyła i wszystko się dzieje na żywo zgodnie z odwiecznym planem Boga. To wielkie boże przedsięwzięcie, którego celem w moim odczuciu jest nie tylko oczyszczenie wszelkiego stworzenia z obrzydliwości grzechu, ale również, albo może przede wszystkim objawienie natury Boga i wyselekcjonowanie ludzi godnych nieba, synostwa i tronu Chrystusa (Rz.8.16-22). Odkupienie naszych win dostajemy wprawdzie za darmo przez wiarę, ale trwanie w Chrystusie już ma swoją cenę i wcale nie jest ona mała, bo przecież przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa niebieskiego (Dz.14.22).

Nie wiem skąd ludzie biorą owe fantastyczne wyobrażenia obfitości życia cielesnego z Jezusem już tu na ziemi? Wprawdzie można różnie, czyli opacznie interpretować błogosławieństwa Starego Testamentu, to jednak Nowe Przymierze wyraźnie odeszło od gwarancji zapłaty doczesnej na rzecz zdecydowanie większej nagrody w wieczności. Natomiast przygotowana dla nas droga ma raczej za zadanie odstraszać niż zachęcać wszelkich niedowiarków. Bo po co ktoś miałby się męczyć tu i teraz skoro nie wierzy w życie po śmierci w którym mógłby otrzymać zapłatę? Rzućmy okiem chociaż na kilka przykładów z nauki Jezusa, aby uzmysłowić sobie ogromne zniekształcenie głoszonej w naszych czasach Ewangelii, którą z pewnością nie możemy nazwać pełnym przesłaniem Dobrej Nowiny. Jezus mówi wyraźnie, że nie przyniósł na ziemię pokoju, ale miecz, czyli podziały, nawet z najbliższymi. Kto zaś nie jest w stanie wyrzec się wszystkiego co stanie w sprzeczności z posłuszeństwem Jego Słowu ten nie jest Go godzien (Mt.10.34-39). To bardzo mocne słowa z którymi nie da się dyskutować, ale można je w swym sercu odrzucić, zlekceważyć lub jakoś obejść kwestionując ich dosłowne znaczenie lub powołując się na fragmenty zapewniające nas o bożej miłości, dobroci i łasce. Tymczasem jedne i drugie wersety są prawdą i wcale się nie wykluczają, a raczej uzupełniają. Są jeszcze inne, które również nie cieszą się popularnością, a które zapowiadają nasze prześladowania na drodze pańskiej (2Tym.3.12). Również one dotyczą wszystkich wierzących bez żadnych wyjątków. Każdy przyzna, że to nie jest zbytnio zachęcająca perspektywa. Podobnie warto zauważyć, że Jezus przez usta swego proroka – Jana Chrzciciela zapowiedział, że będzie chrzcił nas nie tylko Duchem Świętym, ale również ogniem i będzie to ogień oczyszczający (Mt.3.11-12). Obietnica ognia dotyczy wszystkich, którzy zostaną opieczętowani Duchem Świętym, czyli znowu wszystkich wierzących. To pakiet, którego nie można podzielić. Mamy więc do wyboru cierpienie czasowe służące naszemu uszlachetnieniu, albo ogień potępiający i nieodwracalny. Decyzja wydaje się prosta i oczywista, ale w praktyce najczęściej kwestionujemy zasadność takiego postawienia spraw lub szukamy trzeciej drogi na której nie będziemy musieli dokonywać owego tak czy inaczej bolesnego dla nas wyboru. To jednak jest tylko kolejną próbą oszukania siebie samego i uspokojenia własnego sumienia bijącego na alarm. Nie da się więc uniknąć ognia, taki czy inny jest nam pisany. Generalnie rzecz biorąc wszystko co pochodzi z tego świata będzie nas odciągać od Boga, dlatego też czeka nas stała wojna z tym światem i to również jest nieuniknione (Jk.4.4, 1J.2.15-17). Czekają nas też zmagania z własną cielesnością, co Biblia przedstawia jako proces uświęcania, więc praktycznie będzie trwać, aż do naszej śmierci (1P.4.12-19). Te dwie płaszczyzny stale się ze sobą łączą i przeplatają rodząc w naszym życiu coraz to nowe pokusy (Jk.1.13-15). Dlatego też powinniśmy się skupić wyłącznie na tym co jest wieczne, a ignorować to co doczesne (Mt.6.25-34, Kol.3.1-17). Nie znaczy to, że teraz mamy się stać pustelnikami, zrezygnować z pracy, czy wyprowadzić z naszych domów, bo nie o to tutaj chodzi. Bardziej jest to kwestia naszych priorytetów. Zarówno nauka Biblii, jak i przykład Jezusa wskazują na wielość cierpień, trudów i doświadczeń człowieka wierzącego w czasie jego wędrówki przez doczesność. Ponadto są one niezbitym dowodem przynależności do Boga i narzędziem naszego wychowywania (Heb.12.1-12). Po raz kolejny widzimy, że nie można ich pominąć. Niebo na ziemi dla nas wierzących po prostu nie istnieje (z resztą dla inny wbrew pozorom też raczej nie). Jest też w Biblii cała masa różnego rodzaju zaleceń dotyczących naszego życia chrześcijańskiego, które nie tyle mają nam pomóc właściwie postępować, co raczej zbliżają nas do Boga poprzez poznawanie jego woli, obcowanie z Nim i upodabnianie się do Niego (Ef.1.1-23, Kol.2.6-23, Rz.8.5-14, 1Tes.4.6-18). Dodatkowo czeka nas otwarta wrogość ze strony władcy ciemności, czyli diabła (i jego sług) którego ataki na różnych płaszczyznach przyjdzie nam odpierać (1P.5.8-9, Apk.2.10). Szczerze mówiąc normalnie myślący człowiek powinien zapytać: Po co mi to wszystko? Odpowiedź wciąż pozostaje ta sama. Jeżeli uwierzyłeś Jezusowi Chrystusowi to wszystko ma sens, jest to jedyna droga naszego ratunku i przyszłej chwały, ale jeżeli nie wierzysz w życie duszy po śmierci fizycznej, to droga ta nie jest warta tego trudu. Kto uwierzy będzie ocalony, a kto nie uwierzy pójdzie na zatracenie (Mk.16.16-20, Dz.4.10-12, Heb.2.1-4, Apk.1.4-14). Wartość ofiarowanego nam miłosierdzia jest tak wielka, że doznawane na tym świecie cierpienia niewiele przy nim znaczą (2Kor.4.17-18). Nieskorzystanie z drogi ratunku również oznacza śmierć. Prawdą jest również, że ci którzy uwierzą dostąpią w wieczności niewyobrażalnej pociechy i chwały (J.1.10-13, J.14.1-3, 1Kor.2.7-10, Rz.8.14-21, Apk.3.21). Prawdą jest też to, że tutaj na ziemi doświadczymy bożej pomocy i wsparcia Ducha Świętego (J.14.11-31, 1Kor.3.16-17, Tyt.3.4-8). To bardzo wiele. Dodatkowo najprawdopodobniej będziemy mogli liczyć na wsparcie prawdziwych wierzących, doświadczenie minionych pokoleń, oraz powszechny dostęp do Słowa Bożego. Jest też druga strona tego medalu zwanego chrześcijaństwem będąca realnym doświadczaniem Boga już tutaj. Tego nie da się do końca opisać. Dla wielu ludzi będzie to coś niesamowitego, co będzie ich motywowało do dalszego poszukiwania możliwości przybliżania się do Tego, w którego uwierzyli, bo w jakimś sensie mieli łaskę Go dotknąć. Spotkanie z Żywym Bogiem przewraca nasze stereotypy i przemienia system wartości. Nie zrozumie tego człowiek cielesny, bo w nie nie wierzy.

W Biblii mamy jeszcze inne trudne do przyjęcia sprawy, które wielu powinny otrzeźwić, a dotyczące np. podejścia do naszej zamożności, czyli bogactwa. Wszyscy znamy słowa Jezusa, przestrzegające nas, że łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego (Mt.19.24), albo inne o tym, że nie można dwom panom służyć, czyli Bogu i mamonie, bo tylko jednego z nich będzie się kochać, a drugim się wzgardzi (Mt.6.24). Te słowa gdy były przez Jezusa po raz pierwszy wypowiadane budziły prawdziwą grozę w sercach ich słuchaczy, ale obecnie mało kto się nimi przejmuje. Chciwość ludzka potrafi się różnie maskować nawet wśród wierzących, a ludzie dążą do bogactwa jak do jedynego szczęścia na tej ziemi nie patrząc na rany i straty swej duszy sami siebie wpędzając w niepotrzebne kłopoty (1Tym.6.10). Koncepcja bogatego chrześcijaństwa jest w pewnym sensie na topie, więc czym tu się przejmować skoro tylu wierzących twierdzi, że to nie problem. Dla wielu poważne ich potraktowanie równałoby się z unicestwieniem ich marzeń o bogatym, dostatnim i pełnym wrażeń życiu, a tego przecież nie chcemy, więc szukamy usprawiedliwień własnej chciwości i kompromisów z trendami i wartościami tego świata. Czy to jest jednak rozsądne podejście? Mało kto zastanawia się nad tym, że bogactwo ma niesamowitą siłę wpychania ludzi w pychę jako tych lepszych od innych i to z różnych względów (liczy się nie tylko sama wielkość bogactwa, zaszczyty, możliwości i światowe obycie, ale również inteligencja, samodyscyplina, pracowitość, czy inne pozornie dobre przymioty, które są powodem dumy ludzi zamożnych). Tymczasem sukces doczesny jest zasługą bożej dobroci (chociaż zwykle nie dla nowotestamentowych wierzących im zostało obiecane zaspokojenie podstawowych potrzeb) o czym najczęściej zapominamy przypisując go głównie sobie i czasami szczęściu. Podobnie jak bogactwo Słowo Boże traktuje również mądrość ludzką, spryt i inteligencję, czy światowe wykształcenie człowieka. Jak trudno bowiem wybitnie inteligentnym ludziom posiadającym wiele tytułów naukowych zachować właściwe spojrzenie na siebie samych i nie wywyższać się nad innych jak to jest nakazane przez Boga. Nawet jeżeli ktoś z nich jest kulturalny i nie okazuje tego na zewnątrz, to przecież zdaje sobie sprawę ze swojej przewagi nad innymi ludźmi. Dotyczy to również chrześcijan, którzy chętnie chwalą się swoją wiedzą i tytułami, a z lekceważeniem odnoszą się do prostego człowieka. Tymczasem Bóg nie robi takich różnic między nimi. Jezus mówił o tej grupie ludzi coś niesamowitego, a mianowicie że Bóg zamyka przed nimi tajemnice Królestwa Niebieskiego i pomimo swej inteligencji nie będą mogli właściwie zrozumieć Biblii, bo nie jest to kwestią wyłącznie ich rozumu, ale również objawienia i pokory (Łk.10.21-24). Potwierdzają to słowa Pawła ganiące Koryntian opierających się na ludziach i ich mądrości, a nie na Bogu (1Kor.3.18-23). Jakub natomiast stawia kropkę nad „i” wyjaśniając, że nie każda mądrość jest dobra, a jedynie ta, która przynosi dobre owoce, gdyż oprócz niej jest też mądrość ziemska, zmysłowa i szatańska (Jk.3.13-15). Natomiast wierzącym radziłbym pamiętać o tym, że wiedza wbija w pychę, a miłość buduje (1Kor.8.1-2), więc powinno się ją rozsądnie dozować zarówno sobie jak i innym. Trzecim ogromnym królestwem pychy są struktury władzy. Biblia nazywa pewne osoby mające dużą władzę bogami z małej litery (Ps.82), gdyż mają wpływ na losy, życie i śmierć nie tylko pojedynczych osób, ale również całych narodów. Hierarchiczna struktura władzy jest nam dobrze znana z zakładów pracy, formacji wojskowych, czy chociażby kościoła rzymskokatolickiego i w pewnym sensie jesteśmy z nią obyci. Może dlatego ostatnio coraz bardziej rozprzestrzenia się w różnych środowiskach chrześcijańskich i pseudo chrześcijańskich. Stąd też mnożą się liczne przykłady różnorodnych nadużyć posiadanej władzy. Powiedzmy sobie szczerze, jak można uważać kogoś za równego sobie, albo nawet postawić go nad sobą, skoro jest on od nas zupełnie lub częściowo zależy? Jeżeli musi wykonywać nasze polecenia i realizować nasze pomysły na życie, a niejednokrotnie nawet się nas boi? Wyniosłość rodząca się w sercu człowieka władzy, albo inaczej polityki, gdyż ona jest sztuką walki o władzę, niezależnie od tego czy jest globalna, czy lokalna, świecka, religijna, czy jakakolwiek inna jest naturalną konsekwencją przebywania w takich zależnościach. Z drugiej zaś strony mocno przeplata się ze strachem względem wyżej postawionych od siebie i interesowną służalczością względem nich. Tak więc uznajmy, że nauka Jezusa wyraźnie zniechęca do walki o władzę na tym świecie i gonieniem za zaszczytami, oraz prestiżem i dobrobytem, a raczej poleca uniżenie i służbę innym (Mt.20.25-28). Zachęca też do tego, abyśmy się stali jak dzieci, bo inaczej nie wejdziemy do Królestwa Niebieskiego (Mt.18.3-6). To nie jest jedna z możliwości, ale warunek. Małe dzieci zupełnie obojętnie podchodzą do tych, jak i innych światowych wartości. Czy o tym wszystkim mówimy naszym słuchaczom w trakcie tzw. ewangelizacji, czy raczej mniej lub bardziej świadomie ich okłamujemy jedynie kusząc obietnicami spełnienia marzeń? Czy Jezus tak postępował? Jeżeli zaś mówimy prawdę, to czy nasz sposób życia potwierdza nasze słowa? Bo tylko wówczas gdy zarówno w naszych słowach jak i czynach jesteśmy światłością tego świata szczerze i w pokorze chodząc z naszym Panem możemy się spodziewać potwierdzenia jego upodobania w nas w cudach i różnego rodzaju znakach. Jeżeli zaś ich nie ma, to i tak nie upoważnia nas to do zerwania przymierza wierności względem Boga.

Nie wiem też skąd się bierze w ludziach tyle pychy i buty, że chcą wejść do nieba z buciorami, czyli własnymi grzechami i własną chwałą najlepiej jeszcze jako zdobywcy. To nieporozumienie. Bóg stworzył dla człowieka drogę ratunku, którą objawił poprzez swego Syna Jezusa Chrystusa, a niezmienność tego wyroku gwarantuje nie tylko niezrozumiała dla nas świętość Boga, ale również krew Jezusa przelana za nas na krzyżu. Skąd więc pomysł, że Bóg zapomni o tym wszystkim? Przypuszczenie, że skoro nas kocha to zrobi dla nas wszystko jest wyrazem ogromnej pychy? Prawda jest taka, że On już zrobił dla nas wszystko co jest nam potrzebne, a nawet więcej, ale wiecznego szczęścia i wywyższenia dostąpią tylko ludzie tego godni, czyli ci którzy Go kochają, którzy Mu w pełni zaufali i dają się prowadzić przez to życie do życia wiecznego z Nim. To najważniejsza sprawa naszej ziemskiej egzystencji i jeżeli tak nie podejdziemy do objawionej nam prawdy to zamiast ratunku doświadczymy jej strasznego oblicza, czyli piekła, o którym niestety też mówi się zbyt mało, ponoć po to aby ludzi nie straszyć i nie stresować. Jakie to obłudne. Ludzie idą na śmierć, a my zamiast mówić im prawdę zabiegamy o to, aby ginęli zrelaksowani? A może jest inny powód takiego postępowania? Nie będzie przecież lubiany przez innych ten, kto ogłasza mu haniebny koniec, oraz poprzez swoje postępowanie ujawnia i potępia jego grzechy (2Kor.2.15-17). Koniec więc z powszechną popularnością. Czy to tak trudno zrozumieć, że jeżeli można by inaczej rozwiązać problem grzechu i przenieść ludzi w wymiar wieczności bez opisywanych problemów Jezus bez potrzeby nie przychodziłby na ten świat po to, aby nie wiadomo po co umrzeć na krzyżu. Drzwi kiedyś zamknięte, teraz w Chrystusie zostały otwarte, ale czy przez nie wejdziemy to już w dużej mierze zależy od nas. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie w co wierzy lub komu ufa (Rz.10.9-10, Apk.3.20-21, J.3.3-8). Narodzenie się z ducha to dzieło, a nawet dar Boga, który jednak trzeba przyjąć. Możemy to porównać do dawnego przymierza zawieranego między ludźmi (1Mż.15.1-21), albo do małżeństwa (Apk.21.1-3). Takie rzeczy nie dzieją się przypadkowo i bez przygotowania, bo to bardzo poważna decyzja. Wiadomo też przecież, że to Ojciec pociąga ludzi do Syna (J.6.44-45), a Syn prowadzi ich do Ojca (J.14.6), a wszystko dzieje się w Duchu Świętym (1Kor.2.10-13). Niestety większość ludzi ma tak zatwardziałe serca lub skutecznie pod wpływem własnej pychy opiera się temu wpływowi, że sama siebie skazuje na potępienie. Sąd dokonuje się na naszych oczach. Nie bez znaczenia pozostaje też wpływ diabła i jego demonów, ale kto prawdziwie uwierzył Słowom Jezusa i przyjął Go do jako swego Pana do swego serca, ten nie musi się martwić podchodami diabła (Rz.8.31-39). Myślę, że należałoby tutaj wyjaśnić jeszcze jedną kwestię. Nie chodzi o to, że wierzymy w istnienie Boga, ani o to, że uważamy Jezusa Chrystusa za Boga i Zbawiciela ludzkości, chociaż to wszystko jest prawdą, ale o to kim On jest dla nas. Właściwy światopogląd, a nawet świadomość ofiary Jezusa za twoje grzechy nie stawia cię jeszcze na uprzywilejowanej pozycji. Demony również wierzą w istnienie Boga i zdają sobie sprawę z odkupieńczej ofiary Jezusa i to w dużo większym stopniu niż my (Jk.2.19), ale wciąż trwają w buncie przeciwko Niemu. Chcąc uniknąć ich losu sami musimy wyjść spod tego wpływu i przestać się buntować przeciwko naszemu Stwórcy. To musi się zmienić. Tylko ci, którzy staną się Jego własnością, będą mogli być zbawieni. Jakiekolwiek inne relacje z Bogiem oparte na czymś innym mogą skutkować odwracaniem się ludzi od swoich grzechów, poznawaniem prawa bożego, składaniem Bogu ofiar z modlitwy, czasu, pieniędzy, czy jakiegoś działania, a nawet widzialnego działania Boga w ich życiu, ale nie mają obietnicy życia wiecznego. Tacy ludzie nie są też w stanie skutecznie przeciwstawić się swojej pysze, gdyż brak im wewnętrznego wsparcia Ducha Świętego. Szczególnym przykładem takiego stanu rzeczy są Izraelici opisani w Starym Testamencie, a zwłaszcza faryzeusze.

Ewangelizacja oparta na rozbudzaniu ludzkiej cielesności, doczesnych pragnień i obietnicach spełnienia wszelakich marzeń jest niedorzecznością. Pewnie w taki sposób da się pociągnąć za sobą innych ludzi, którzy chętnie uwierzą, że jest to wolą bożą, bo przecież każdy chce być szczęśliwy nie tylko w wieczności, ale również tutaj na ziemi. Z drugiej zaś strony zobaczmy jak łatwo przychodzi nam wierzyć w coś, co wydaje nam się korzystne dla nas lub stawia nas w szczególnym miejscu wywyższając ponad innych ludzi, a jak trudno jest nam pogodzić się z odwrotną sytuacją. Żyjemy w czasach oczekiwania na objawienie się antychrysta, bo ten znak ma bezpośrednio poprzedzać ponowne przyjście Pana i może wbrew naszej woli będziemy świadkami prawdziwie niezwykłych wydarzeń, dlatego też nie spodziewajmy się, że na świecie będzie coraz lepiej. Świat staje się coraz gorszy. Stacza się w coraz większy grzech, a przyjście Chrystusa nastąpi w chwili szczytu panowania królestwa ciemności. Będzie więc z jakimiś przerwami coraz gorzej. Zupełnym nieporozumieniem wydaje się więc równoległe wypatrywanie wielkiego duchowego przebudzenia zmieniającego ziemię w przedsionek nieba. Nie znalazłem w Biblii odpowiedniej podstawy dla takiego myślenia. To chyba jedynie demonstracja naszych pragnień będących wyrazem nieuświadomionego strachu przed tym, co nas czeka na drodze krzyża, albo jak twierdzi wielu demonstracja wielkiego zwiedzenia religijnego mającego towarzyszyć czasom ostatecznym. Bądźmy więc strażnikami właściwie rozumianej wiedzy biblijnej, która w naszych czasach jest ignorowana, pomijana, wykręcana i na różne strony modyfikowana. Nawet spośród tych, którzy znają ją literalnie wielu, z różnych powodów, wypacza jej prawdziwe znaczenie. Nie mówiąc już o tym, że jeszcze mniej osób rozumie co to znaczy wprzęgnięcie się w jedno jarzmo z Chrystusem i codzienne pokorne życie z Nim (Mt.11.28-30), wydawanie owoców Ducha Świętego (Gal.5.19-25), czy stanie się zdrojem wody żywej (J.7.37-39) jak Jezus, a mam wrażenie (oby złudne), że tylko garstka to praktykuje. Ci są prawdziwymi czcicielami Ojca oddającymi Mu cześć w duchu i prawdzie (J.4.23-24). Idąc więc przez życie czyńmy uczniami wszystkie narody zanurzając je w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego (to coś więcej niż formuła chrzcielna) i ucząc ich zachowywać całą naukę Jezusa, a On, który ma wszelką władzę będzie z nami również tu na ziemi, aż do skończenia nam znanego świata i również w wieczności (Mt.28.18-20, J.12.26).

Tomasz Jaśkowiec